W Prospericie panuje takie przekonanie, że „nikt nie może człowieka odrzucić, o ile nie odrzuci sam siebie”. Jest ono głęboko prawdziwe. Z moich obserwacji wynika, że osoby, które czują się odrzucane i niekochane przez partnera, najczęściej same siebie nie akceptują. Wówczas zachowanie tej drugiej osoby jest rzeczywiście tylko lustrem tego, co nosimy w sobie i wzmacniamy trudnymi emocjami.
Często bywa tak, że to odrzucanie samego siebie nie jest uświadamiane. Bo w pierwszej chwili – jeśli kogokolwiek zapytamy, czy kocha siebie – to każdy potwierdzi. Każdy powie głośno: „jestem dobry, staram się, tyle z siebie daję dla związku, a zostaję z niczym”. Ale zapomina, że w głębokich warstwach podświadomości może tlić się ból niskiej samooceny. Takie swoiste zaproszenie do jakiegoś trudnego przeżycia. To nie bycie złą osobą tworzy to zaproszenie, tylko niekorzystny zapis, który mógł powstać w dzieciństwie, kiedy byliśmy negatywnie traktowani przez rodziców lub nauczycieli.
Czasem na granicy oczywistości wybrzmiewa poczucie krzywdy. Na przykład zdrada partnera. Kobieta mówi: „byłam zawsze wierna, nie ma tu żadnego lustra, to nie ja przestałam kochać siebie, tylko on mnie odrzucił”. I chociaż wydaje się to bezsporne, że jest tu wina tylko jednej osoby, to w istocie są to energetyczne gry, które warto znać, rozumieć i uzdrawiać. Bo zdrada partnera jest odpowiedzią na wewnętrzną zdradę samej siebie. Na mocno wpisany wzorzec, który mówi: „inni/inne są lepsze ode mnie, jestem nie dość dobra”. Żeby powstał taki zapis energetyczny, wystarczy, że w dzieciństwie któreś z rodziców faworyzowało brata lub siostrę. Takie postępowanie potrafi wdrukować negatywny program na wiele lat.
Po pierwsze jednak odrzucam kategorię winy, bo moim zdaniem nie ma winnych, są tylko następstwa i konsekwencje. Życie układa się czasami w skomplikowany sposób nie dlatego, że ktoś jest zły, egoistyczny czy niemądry, tylko dlatego, że energia działa tak, jak prawo grawitacji – możemy tego prawa nie znać, ale jak się potkniemy, to spadamy na twarz, a nie unosimy się w powietrze, chociaż tak byłoby ładniej. Zatem przede wszystkim: „nie ma żadnych winnych!”.
Patrząc z takiego zwyczajowego ziemskiego punktu widzenia – oczywiście, można uznać, że winny jest ten gość, który mając żonę, poszedł gdzieś na lewo. Czy też mężatka, która w tajemnicy spotyka się z innym mężczyzną. I ja się z tym punktem widzenia zgadzam. Tylko niestety jest w tym pułapka. Jeśli założę, że ktoś jest winny tego, co mnie spotyka, to przestaję działać w energii prosperującej świadomości. Pozbawiam się szansy na uzdrowienie, bo rozkładam ręce i mówię: „nie mam na to wpływu, bo to nie ja zainicjowałam”. A prawda jest taka, że zawsze mamy wpływ na swoje życie, tylko musimy znać zasady gry.
Po drugie zatem sprawdzamy, w którym miejscu zdradziliśmy sami siebie? Gdzie siebie odrzuciliśmy? Nie szukamy winnych, tylko prawdziwej przyczyny doświadczenia. Rzecz nie w rozgrzeszaniu kogoś, kto nas rani. Ale w zrozumieniu. To zawsze pomaga. Nawet jeśli poszukamy tego zrozumienia w kontekście partnera i odkryjemy, że ma problem z poczuciem wartości albo powiela zapis rodzica, który nie był uczciwym małżonkiem – za każdym razem zdejmujemy sobie z pleców trochę bólu. Bo odkrywamy, że to nie my jesteśmy przyczyną wydarzenia, tylko wzorce partnera. Kiedy dociera do nas, że to nic osobistego, jest naprawdę lżej.
Jednak to zawsze dotyczy nas i naszego życia. Każde doświadczenie w jakiś sposób jest odpowiedzią na to, co nosimy w swoim polu energetycznym. Jeśli zatem całe życie staliśmy w cieniu i uważaliśmy, że inni są lepsi od nas, to oznacza, że sabotowaliśmy siebie, swoją moc, swoją doskonałość i swój potencjał. Odrzucenie przez partnera jest tylko potwierdzeniem tego, w co wierzymy. Jeśli często powtarzamy, że czegoś nie umiemy, nie poradzimy sobie z czymś, nie nadajemy się do czegoś, to może okazać się, że tym „czymś” staje się szczęśliwy związek. Odrzucający partner jest tylko przytaknięciem wszechświata na zasadzie: „mówisz i masz”.
Innymi słowy – partner czy partnerka nie odrzuca nas dlatego, że źle gotujemy, za mało zarabiamy, jesteśmy brzydcy czy niemądrzy. Pomijając oczywiste sytuacje, kiedy ktoś z nas zrobi coś niewłaściwego i odrzucenie jest konsekwencją jakiegoś szkodliwego dla związku działania – zazwyczaj pojawia się ono jako odbicie naszego braku miłości do samych siebie. Paradoksalnie, kiedy podświadomie nie czujemy się dość dobrzy, to na zewnątrz wyglądamy bardziej niż idealnie. Bo za wszelką cenę staramy się „zasłużyć” na miłość. Kobiety pucują dom do połysku, gotują trzydaniowe obiady, a nawet rodzą całe stada dzieci, bo dziecko to wspaniały element przetargowy i coś czego facet sobie sam nie zrobi. Można potem obstawić się tą gromadą maluchów i krzyczeć: „mamy dzieci, nie możesz mnie odrzucić, bo dzieci cię potrzebują!”.
Mężczyzna, który nieświadomie żebrze o miłość, bierze dodatkowy etat, żeby pieniędzmi i prezentami zasypać partnerkę, żeby dosłownie ją kupić i zatrzymać. Może wtedy argumentować: „nie poradzisz sobie beze mnie, zginiesz z biedy”. A prawda jest taka, że uczuć nie można kupić ani wymusić dziećmi. Potrzeba odejścia – odrzucenia drugiego człowieka i jego pragnień – jest jak biegun w magnesie. Rezonuje z takim samym biegunem w polu energetycznym tamtej osoby. Będzie odpychała wszystkie starania, aż odejdzie poza zasięg działania.
Co zatem można zrobić? Zmienić biegun na przeciwny. Jeśli poczucie bezwartościowości czy bycia gorszym zamienimy na miłość do siebie, na szacunek i wiarę w to, że zasługujemy na bycie kochanym i podziwianym – to automatycznie zaczynamy przyciągać partnera. Jest wiele takich przypadków, o których słyszę też od moich klientów – kobieta zostaje porzucona, zmienia się, uzdrawia, pięknieje wewnętrznie i nagle spotyka „byłego”, który automatycznie się w niej zakochuje i chce wrócić. Zmiana myślenia i traktowania samej siebie układa inaczej energię. A to zmienia nasze życie na lepsze. Zaczynamy przyciągać miłość i dobro.







