Słowo „przekora” brzmi w jeżyku polskim bardzo podobnie do słowa „pokora”, a jest oczywiście czymś całkiem przeciwnym. Jedni są grzeczni i pokorni, postępują zgodnie z oczekiwaniami innych, a drudzy są niepokorni, czyli działają odwrotnie niż reszta się spodziewa. Jak koty podążają zawsze własnymi ścieżkami. Najczęściej przekora jest traktowana jako coś negatywnego, czasem – rzadziej – jako coś zabawnego. W czasach, kiedy ludzie wychwalają „pokorę” mamieni różnymi popularnymi ogłupiaczami, przekora jawi się prawdziwym buntem.
Ale wcale nim być nie musi. Wszystko jest zależne do motywacji. Jeśli chcemy komuś dokuczyć albo cokolwiek udowodnić, czyli działamy niejako „dla innych”, wówczas też postępujemy na przekór. Można sobie wtedy na przykład odmrozić uszy tylko po to, by zrobić na złość komuś, kogo nie lubimy albo – co zdarza się częściej – komuś, kto próbuje nami rządzić dając dobre rady. Taka przekora bywa strzelaniem sobie w stopę. Nie jest dobra ani dla nas, ani dla nikogo innego.
Ale istnieje również przekora, która polega na byciu odmiennym od tego, co modne. Bazuje na silnej indywidualności i sprzeciwianiu się popularnym trendom, w których nie widzi się niczego cennego dla siebie. Wyrasta z wysokiego poczucia własnej wartości i buduje osobowość oryginalną. Czasem nawet nieco ekscentryczną. Wszystko zależy od tego, jak daleko przesuwamy swoje własne granice i co jest dla nas priorytetem.
Jestem indywidualistką. Rzadko podążam za tym, co popularne, bo lubię kierować się własnym rozumem czy upodobaniem. Mam silną potrzebę niezależności i nie ukrywam – często mierzi mnie to, co byle jakie, ale modne, więc na ślepo łapane przez większość ludzi. Ludzkość bowiem ma w sobie naturę lemingów – jeśli coś jest modne, to dla większości oznacza „dobre”. A to nieprawda. Osoba przekorna potrafi dostrzec, kiedy król jest nagi.
Najlepszym przykładem może być trend noszenia mocno podartych ubrań, które wyglądają jak łachmany. Nie jest to wcale ładne. W interpretacji Nieinwazyjnej Analizy Osobowości – z którą stale pracuję – to wręcz koszmar. Kiedyś pewna pani nieoczekiwanie wyszła zza lady sklepu, w którym akurat byłam i zobaczyłam jedną potężnie rozdartą nogawkę. Odruchowo chciałam zapytać, czy coś się stało, czy nie potrzebuje pomocy. Dopiero po chwili zaskoczyłam, że u pani jest wszystko ok, a rozszarpany ciuch to krzyk mody. Nadal nie jestem do tego przyzwyczajona i z całą pewnością nigdy takiej podartej szmaty na siebie nie założę. Pewnie to kwestia gustu i potrzeb – nie krytykuję nikogo, tylko otwarcie piszę, że uważam to za brzydkie. Bez względu na to, ile znanych holywoodzkich gwiazd będzie nosiło takie rzeczy – dla mnie nie ma w tym klasy i piękna. Nie ma i już.
Od dziecka byłam inna niż większość. Nie stosowałam standardów ustalanych przez modę, bo nigdy nie zgadzałam się ze stadem. Zawsze miałam coś swojego do powiedzenia. Kiedy wszystkie moje koleżanki ścinały włosy i nosiły zgrabne, krótkie fryzurki, ja miałam długie fale. Teraz odwrotnie – kobiety powszechnie noszą długie włosy, a ja ścięłam. Chyba lubię być inna. Kiedy młode kobiety biegały w dopasowanych dżinsach, ja nawet w zimie zakładałam długie spódnice. Czułam się kobieca w takim wydaniu i było mi z tym dobrze. Absolutnie nie przeszkadzało mi, że inni uważają mój wygląd za „niemodny”. Kolegom zawsze się podobałam i nigdy nie brakowało mi przyjaciół.
Dzisiaj moje wybory dotyczą ważniejszych rzeczy niż wygląd – książek, metod, autorów, trenerów. Obserwuję czasem, że jakaś lektura staje się modna – kupuję ją i czytam, czasem doświadczam rozczarowania. Przykładem jest słynny „Sekret”, który jako jedyna chyba na świecie bezwzględnie skrytykowałam na swojej stronie. Reszta Czytelników łykała treść jak pelikan i w ogóle nie zauważała w tej książce błędów. Z szacunkiem dla autorki „Sekretu” uczciwie przypomnę, że zachwyciłam się za to jej książką „Siła”, w której odnalazłam prawdziwie cudne wibracje. Cóż, to tylko kwestia gustu. Każdy ma swój pogląd.
Jednak co znamienne – jeśli coś jest modne, ludzie uważają, że jest dobre, nawet jeśli nie są do końca w tym względzie przekonani. Popularność jest największą pułapką w kontrze do samodzielnego myślenia. Tylko ludzie naprawdę inteligentni i niezależni odważą się skrytykować coś, co się dobrze sprzedaje w milionach egzemplarzy. Na szczęście są tacy. Lubię czytać ich teksty i odkrywać to, co ważne także dla mnie. To właśnie postrzegam jako cudną formę przekory – tę odwagę, aby postępować i mówić zgodnie z tym, co się naprawdę myśli i czuje.
Kolejny przykład – pamiętam, jak świat zachwycił się „Alchemikiem” Paulo Coelho. A przecież sens tej książki znajduje się w „Koziołku Matołku” Kornela Makuszyńskiego. Nic tam nowego, czym zatem się zachwycać? Bardzo to przeciętna lektura, znam wiele ciekawszych, ale tylko odważna przekora powie o tym głośno. Bo jak tu krytykować takiego modnego pisarza, no jak? I znowu uczciwie przypomnę, że „Wojownik Światła” tegoż pisarza jest piękną i odkrywczą w kilku miejscach opowieścią. Nie jestem uprzedzona do żadnego twórcy. Umiem natomiast uczciwie powiedzieć, co myślę.
Przekora jest zatem odwagą przeciwstawiania się modzie. Nie człowiekowi – gdybym negatywnie oceniała wszystkie pozycje Rhondy Byrne czy Paula Coelho, to byłby brzydki atak na człowieka. Byłoby to zwykłe krytykanctwo, którego staram się unikać jak ognia, bo nie ma w nim nic fajnego. Dlaczego zatem w ogóle zauważać, że coś jest nie ok i sprzeciwiać się temu co modne? Ponieważ jeśli chcemy wyłapywać w naszym życiu prawdziwe klejnoty, to musimy umieć uczciwie wyrzucać wszystkie podróbki do kosza, inaczej nasze półki zapełni blichtr zamiast kryształów. Przekora jest dla mnie – powtórzę – odwagą odrzucania tego, co większość bezrefleksyjnie przyjmuje, bo modne.
Dodam na koniec, że przekora nie polega na odrzucaniu wszystkiego ani na anarchii. Pewne zasady są zwyczajnie potrzebne, nawet jeśli nam się nie podobają. Któż lubi stać na czerwonym świetle? Nikt, ale wiadomo bezspornie, że to właściwe, podobnie jak zapinanie pasów w czasie jazdy autkiem. Z wielką radością korzystam z tak modnych obecnie Kronik Akaszy i jestem nimi zachwycona. Korzystam też bezwstydnie z najnowszego flagowca Samsunga i jestem bardzo zadowolona – to jeden z najlepszych telefonów jakie miałam. Nie mam zatem potrzeby krytykowania rzeczy dobrych. Zauważam tylko, że większość ludzi łapie wszystko jak leci, bez chwili zastanowienia, czy coś jest sensowne czy niekoniecznie.
Tutaj kłania się poczucie wartości. Jeśli nasza samoocena jest odpowiednio wysoka, to jest w nas odwaga, by przekornie powiedzieć, że nie skorzystamy z czegoś, co jest w naszym odbiorze wadliwe, chociaż sto osób przed nami wychwala to „coś” na swoim Instagramie. Kiedy poczucie wartości jest niskie, chowamy się za modą. Zawsze można wtedy powołać się na jakiegoś influencera i poczuć się lepiej, bo przecież myślimy tak, jak on czy ona. Chowanie się za innymi – niezależnie od tego jak znane noszą nazwiska – jest zawsze brakiem indywidualności i brakiem wiary w siebie. I wtedy przekora jawi się jako coś naprawdę fajnego, niepowtarzalnego. Pokazuje silną, niezależną od cudzych wpływów osobowość. Kogoś, kto ceni siebie i wie, po co tu jest na Ziemi i co ma tutaj do zrobienia. A przede wszystkim rozumie, że jest tutaj dla siebie i ma prawo wybierać, co lubi – na przekór popularności.







