Singielka i sparowana

Kiedy zna się analizę wypowiedzi, to widzi się wyraźnie, jak ludzie wymyślają przeróżne rzeczy, aby tylko siebie dowartościować. Całkiem niepotrzebnie, bo jesteśmy wystarczający tacy, jacy jesteśmy i nie potrzebujemy dziwacznych argumentów. Oczywiście czasem jest to tekst, który ma na celu dowartościować grupę docelową czytelników. Kiedyś to się nazywało zwyczajnie podlizywaniem się. Dzisiaj to target. Tak czy owak śmieszne i całkiem niepotrzebne. Ale temat ciekawy, więc znowu znalazłam inspirację, żeby coś pokazać, co rzadko kiedy jest zauważane.

Trafiłam na kolejny artykuł, który próbuje udowodnić, że single co prawda nie mają partnera, ale w zamian za samotne życie rozwijają w sobie niezależność. Śmieszne – powtarzam, bo nie do końca prawdziwe. Po pierwsze jednak podkreślę bardzo wyraźnie, że żaden singiel i żadna singielka nie musi nic rozwijać, bo są doskonali i wystarczający tacy, jacy są. Życie w pojedynkę nie jest żadną ułomnością. Jest stylem życia. Czasem wybranym świadomie. Czasem tak po prostu się układają okoliczności. Nie jest to niczym gorsze od życia w związku. Moim zdaniem z wielu powodów jest co najmniej wygodniejsze. Nie widzę powodu, by szukać na siłę czegoś, co udowodni, że „chociaż sama, ale za to samodzielna”. Nie potrzeba niczego „za to”, bo bycie singlem jest absolutnie w porządku. Nie odbiega od normalności.

Po drugie – nie ma w tej samodzielności niczego wyjątkowego. Oczywiście, jeśli ktoś żyje sam – na dodatek z dziećmi, za które ponosi odpowiedzialność – to siłą rzeczy musi pamiętać o wszystkich terminach, rachunkach i o tym, żeby w lodówce nie zabrakło śmietany, a w szafce papieru toaletowego. Musi, bo nikt tego za niego nie zrobi. To nie tyle samodzielność, ile dorosłość. Prawdą jest, że żyjąc w związku mamy często obok siebie kogoś, kto zrobi zakupy, czy zapłaci czynsz albo pojedzie z psem do weterynarza. Jest czasem ciut lżej, ale nie zawsze. Często bywa tak, że partner to dodatkowe dziecko, które trzeba nakarmić, zarejestrować do lekarza lub umówić do fryzjera.

Ktoś, kto uważa, że w parze jest łatwiej, myli się i nie doświadczył życia w związku. Choć związki oczywiście bywają różne, więc czasem dobiorą się dwie dojrzałe osoby, które pięknie dzielą się obowiązkami i wspierają się nawzajem. Ale to nie jest standard. Najczęściej partner to dodatkowy obowiązek. Więcej jedzenia na kuchni, więcej prania i prasowania, więcej zużytych ręczników i więcej bałaganu do sprzątania. Single, które zazdroszczą sparowanym, powinny wreszcie otworzyć oczy i zobaczyć, jak jest naprawdę. Powinny docenić swój spokój i porządek w domu, zamiast wymyślać wywody o niezależności.

Moim zdaniem tysiące mężatek to silne niezależne kobiety, które dbają o wszystko, bo wszystko mają na głowie w taki sam sposób, jak osoby żyjące w pojedynkę. Jedyny aspekt, który pasuje do tych wymyślonych wywodów, to kwestie finansowe. Na pewno inaczej żyje się z jednej pensji, a inaczej z dwóch. W pełni się zgadzam, że we dwójkę łatwiej utrzymać rodzinę. Ale niezależność to nie tylko pieniądze. To właśnie umiejętność ogarniania życia bez względu na to, co ono przynosi. Mężatkom przynosi sto razy więcej spraw do załatwienia niż singielkom. Nie jest zatem prawdą, że to samotność uczy nas niezależności. Warto to czasem uczciwie zauważyć, dostrzegając wszystkie niuanse życia.

Moim zdaniem nadal żyjemy w patriarchalnych stereotypach sprzed co najmniej dwóch wieków. Poza słowami czuje się wszędzie, że kobieta bez partnera coś przegrała. Domyślam się, że sama może czuć się oceniana niesprawiedliwie jako ta, która „nikogo sobie nie znalazła”. A to tylko krzywdząca etykietka, bo najczęściej kobieta wcale nie chce na siłę kogoś mieć. Nie ulega wątpliwości – sama jestem kobietą, więc wiem – że wystarczy wyjść z domu i pstryknąć w palce, a zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce z nami być. To my najczęściej nie chcemy tego akurat człowieka, bo chcemy świętego spokoju, czasu dla siebie i takiej niezależności, która przejawia się decydowaniem o sobie przez 24 godziny. Jeśli akurat nie posiadamy małych dzieci, to tego typu niezależność powstaje tylko wtedy, kiedy jesteśmy same.

Bycie singielką to wiele niedocenianych korzyści. Cisza w domu. Ładny zapach. Spokój i porządek. Można zamówić jedzenie z restauracji i wystarczy często na dwa dni. Dlaczego kobieta ma z tego rezygnować, żeby prać, sprzątać i gotować? Wiem, w epoce pralek i zmywarek zabrzmiało nader dramatycznie, ale życie w związku to zawsze więcej pracy i do tego koniecznie pewien kompromis. Mam ten przywilej, że mam bezproblemowego męża. Po pierwsze – oglądając TV korzysta ze słuchawek, więc mam ciszę. Po drugie – zawsze był czyściochem, więc przez 40 lat małżeństwa nie poznałam zapachu jego spoconych stóp. Chwała mu za to. Po trzecie – lubi sobie sam pichcić swoje przysmaki, więc gotuję tylko od czasu do czasu, kiedy mam na to ochotę. Ale już, kiedy wieszam jego wyprane skarpetki, to czuję jakbym była żoną stonogi – tyle ich jest! A kiedy zajada swoją ulubioną rybę, to i pięć świeczek zapachowych nie pomoże – śmierdzi i już.

Da się z tym żyć, to drobiazgi, o których piszę z przymrużeniem oka, ale w wielu wypadkach w związkach pojawiają się dramaty, a nie drobiazgi. Singielki najczęściej mają to za sobą i nie chcą ponownie do tego wracać. Dlatego tak wiele kobiet świadomie decyduje, by żyć samotnie. By nie cierpieć, nie płakać, nie kłócić się, nie tęsknić, a dodatkowo w bonusie nie prać milionów skarpetek. Oczywiście w związkach możemy się do kogoś przytulić i podzielić rachunki na dwoje. Możemy cieszyć się seksem na zawołanie i wspólnie jeździć na wycieczki. Możemy o wiele więcej. Ale w samodzielnym życiu też możemy bardzo dużo fajnych rzeczy. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Umiejętność doceniania tego, co się ma, jest tyle samo warta, jak docenianie tego, od czego jesteśmy wolne.

Zmierzam do tego, by bardzo wyraźnie powiedzieć, że kobieta samotna i kobieta żyjąca w związku to tylko dwie strony tej samej monety. Obie jednakowo piękne i wartościowe. Obie mocne, silne, wyjątkowe i zazwyczaj doświadczone przez życie. Obie mądre, atrakcyjne i spragnione szczęścia. Czasem je łapią i cieszą się życiem. Czasem niekoniecznie. Nie ma jednak takiego rozróżnienia, które uzależniałoby szczęśliwy los od tego, czy ktoś żyje w związku czy nie. Jest wiele sposobów na szczęście i spełnienie – na przykład rozwijanie prosperującej świadomości, kochanie siebie, świadomość duchowa, miłość do świata i ludzi. Ale to wszystko jest dla nas dostępne niezależnie od stanu cywilnego.

Myślę też, że już czas najwyższy docenić kobietę za to, jaka jest, nie oglądając się, czy stoi za nią mąż i dzieci. Kobieta to przede wszystkim człowiek. Oczywiście macierzyństwo jest cudowne, ale przecież nieobowiązkowe. Związek z mężczyzną może być fajny lub nie. Ale najważniejsza jest kobieta – sama we własnej osobie. Taka jaka jest i ze swoim suwerennym wyborem stylu życia. Żyjemy w czasach, kiedy kobiety mogą zarabiać więcej od mężczyzn, zajmować kierownicze stanowiska i dokonywać niesamowitych odkryć. Zasługują na to, by nie być ocenianymi pod kątem posiadania męża. Takie podejście to naprawdę patriarchalny przeżytek. Dzisiaj poprawiajmy korony wszystkim kobietom, bo każda z nich jest prawdziwą królową, która nie potrzebuje króla. Może go mieć, jeśli chce, ale wcale nie musi.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 729
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu