Nienawiść jest zła. Niczemu nie służy i w zasadzie nie ma żadnego powodu, żeby karać samego siebie nienawiścią. Co ciekawe – spotkałam takie mądre osoby, które mówią mi, że w ogóle nie znają tego uczucia. Złoszczą się czasem, tak, ale nie wchodzą w permanentny stan niskich wibracji przez nienawidzenie. Chronią w ten sposób swoje zdrowie, swoją energetykę i ogólnie rzecz biorąc żyją lepiej. To zawsze nasz wybór. Nie bez powodu tyle się mówi o uzdrawiającym wpływie wybaczania, ponieważ ono uwalnia od takich właśnie stanów.
Rzecz jasna każdy z nas doświadczył w życiu krzywdy wyrządzonej celowo. Każdy z nas cierpiał przez kogoś, kto go okradł, zdradził, oszukał, wykorzystał czy poniżył. Każdy z nas zatem mógł odczuwać gniew i żal, ale sztuka mądrego życia polega właśnie na tym, by nie zamieniać naturalnego i oczywistego gniewu w permanentny stan nienawiści. Nie ma to żadnego sensu. Dzisiaj chcę skupić się na tym aspekcie nienawiści, który pojawiać się może w związkach partnerskich. Szczególnie wtedy, kiedy taki związek się rozpadnie.
Ale także w trwających związkach można zaobserwować pewien charakterystyczny proces. Kiedy po paru latach opada energia zauroczenia, to wystarczy gorszy dzień i zmęczenie, aby partner nas drażnił. Złościmy się, kiedy nabrudzi, upuści coś, zapomni coś załatwić. Nic w tym nadzwyczajnego, jeśli umiemy to zrównoważyć. Gorzej, jeśli przyjmujemy taki stan i pozwalamy mu się zakotwiczyć. Trzy – cztery takie sytuacje i zaczyna się tworzyć nowa ścieżka neuronowa. Po paru miesiącach patrzymy na kogoś, kogo kiedyś kochaliśmy i czujmy niechęć. Nie od razu nienawiść, ale niechęć, która z czasem obrasta obrzydzeniem i spontanicznym gniewem o wszystko. Tak rozpadają się niektóre związki.
Jak każdy, ja też miewam gorsze dni i sporadycznie kłócimy się z mężem o jakieś drobiazgi, ale pilnuję negatywnych myśli. Kiedy emocje opadają, idę do męża, aby się przytulić. Częściej to on przychodzi do mnie i mnie całuje, jakby brał na siebie odpowiedzialność za to, żeby między nami było dobrze. Ale też nigdy nie pozwalam, aby jakieś ponure spostrzeżenia zakotwiczyły się we mnie na dłużej. Kiedy poczuję złość czy niechęć, bo znowu gdzieś jakiś denerwujący hałas czy bałagan czy coś tam innego – to od razu odwracam energię i myślę o tych wszystkich dobrych rzeczach, które są częścią naszej wspólnej rzeczywistości.
Zamykam oczy i myślę o tym, jak mój mąż dba o świeże pieczywo dla mnie na śniadanie. Jak dopytuje o moje samopoczucie. Jak bez proszenia przynosi mi świeże truskawki, bo wie, że lubię. Jak latem znosi mi do domu kwiaty ze wszystkich miejsc, gdzie bywa. Jak dzwoni z pracy, żeby mi powiedzieć, że mnie kocha. Dużo takich fajnych rzeczy mogę wyliczać. I z całą pewnością pod tymi pięknymi obrazami całkowicie znika to coś, co było nie ok. Każdego dnia buduję ścieżki neuronowe kochania i zachwytu. Chociaż mój „stary chłop” skończył już 66 lat, dla mnie jest ciągle atrakcyjny, miły i kochany. Po 42 latach wspólnej wędrówki przez życie nadal chcę go przytulać i być z nim intymnie i blisko.
Kiedy ludzie się rozstają, to rzadko kiedy w jakiejś zgodzie – chociaż oczywiście tak też bywa i to jest najlepsza opcja. Jeśli możemy po rozwodzie zostać przyjaciółmi i traktować się z sympatią, to najpiękniejsze i najmądrzejsze, co można w tym zakresie osiągnąć. Najczęściej jednak związek się rozpada, bo ktoś kogoś skrzywdził. Czasem zdradził. Czasem oszukał i okradł. Kiedy przyczyna jest bolesna, trudno od razu wybaczyć. Jednak niezmiernie ważne jest, by nie zasilać negatywnego nastawienia, tylko po opadnięciu trudnych emocji zwyczajnie nabrać dystansu. Nie warto karmić się nienawiścią, ponieważ ona uszkadza nasza energetykę i prowadzi do rozmaitych chorób. Pisałam o tym w innym artykule. Trzeba umieć skupić się na przyszłości i szukaniu w życiu dobra, zamiast na tym, co minęło.
Jest to szczególnie ważne w stosunku do dzieci. Największą zbrodnią rozwiedzionej matki jest nastawianie dzieci przeciwko ojcu, który na przykład odszedł do innej kobiety. Nie wolno mieszać dzieci do swojej zemsty na wiarołomnym partnerze. Choćby serce bolało po zdradzie, dzieciom mówimy spokojnie: „to sprawa dorosłych, tato wybrał po swojemu, ma do tego prawo, was to nie dotyczy”. I co ważne jest to prawda – mężczyzna, który odchodzi do innej, nie robi tego na złość żonie. Robi to zwyczajnie dla siebie. Dla własnej przyjemności. Jego grzechem może być egoizm, lekkomyślność, nieodpowiedzialność, ale nie okrucieństwo.
Paradoksalnie – zapominamy o tym, że człowiek nie należy do nikogo, tylko do samego siebie. Podpisanie aktu małżeństwa to pewne zobowiązanie, którego odpowiedzialna osoba dotrzymuje. Ale nie jest to dokument przejęcia własności. Każdy z nas – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – żyjemy tutaj na Ziemi dla siebie. Mamy wolną wolę, by decydować o tym, jak i gdzie chcemy spędzać czas, z kim chcemy iść przez życie. Nikt nie urodził się po to, by zadowalać żonę czy męża. Nie ma takiego boskiego ani ziemskiego prawa, które zmusza człowieka do wierności. Są tylko ludzkie zwyczaje i społeczne zasady. Dlatego też istnieją rozwody, które szanują ludzkie prawo do wolności stanowienia o sobie.
Jeśli tak na to spojrzymy, zauważymy, że wszelka nienawiść i rozpaczliwa potrzeba zemsty na wiarołomnym partnerze jest wielką i niesprawiedliwą pomyłką. Bo nawet jeśli mamy z kimś dzieci, to ten ktoś nie jest naszym niewolnikiem i ma prawo odejść, a nawet stworzyć inną rodzinę z kimś innym. Kobiety też odchodzą. Kobiety też zdradzają. To nie jest kwestia płci, tylko zrozumienia, że akt małżeństwa nie jest cyrografem, który zmusza nas do bycia z kimś, z kim wcale być nie chcemy. A zatem jeśli zgodnie z logiką i prawem odchodzimy w inne miejsce lub do innej osoby, to nie ma w tym żadnej zbrodni.
Nienawiść do byłego partnera, szczególnie ta zaszczepiana dzieciom, jest tyleż okrutna dla tych dzieci, co w ogóle absurdalna. Dzieci mają prawo kochać swojego ojca, a w epoce rodzin patchworkowych takie relacje bardzo dobrze się sprawdzają. Pod warunkiem, że rodzice nie wykorzystują dzieci jako broni do ataku na byłego/ byłą i nie nasączają delikatnych dziecięcych główek jadem i trucizną najgorszej jakości. To bardzo niekorzystnie programuje młode umysły i serca, które w swoim dorosłym życiu muszą zmagać się z traumą niezrozumiałej dla nich kompletnie nienawiści. Cudzej nienawiści, której same przecież by nie czuły, bo nie miały powodu.
Wyjątkiem są patologie, o jakich tutaj nie piszę – ojcowie socjopaci, alkoholicy, narkomani czy sadyści, którzy dla bezpieczeństwa są pozbawiani prawa do kontaktu. Ale i tutaj nie zachęcam do tego, co nazywam nienawiścią. Takie przypadki, które omijamy szerokim łukiem i którym nie pozwalamy zbliżać się do dzieci, to ludzie zwyczajnie chorzy. Nie musimy ich nienawidzić, wystarczy, że trzymamy się od nich z daleka i chronimy swoje bezpieczeństwo. Dziecku nawet taką jakoś uzasadnioną nienawiść jest bardzo ciężko udźwignąć. Łatwiej mu zaakceptować życiowe zakręty, kiedy przyjmie, że tato (lub mama) to osoba chora. Zapewniam, że z takim smutkiem łatwiej żyć niż z nienawiścią w sercu.







