Szkolne nauczanie

Z końcem roku szkolnego zaczyna się parada świadectw z czerwonym paskiem – wyraz oczekiwań dumnych rodziców. Nie ujmując niczego bardziej lub mniej pracowitym dzieciom, zawsze mnie to troszkę śmieszy. Piszę dziś o tym, ponieważ sama byłam takim dzieckiem, które przynosiło czerwony pasek na świadectwie, a w liceum zdobywało rozmaite nagrody. Doskonale wiem, że nic mnie to nie kosztowało. Ja po prostu byłam zdolna i tyle. Wystarczyło chodzić do szkoły i jednym uchem słuchać tego, co mówili nauczyciele. Kiedy zaczęłam w ostatniej klasie szkoły średniej opuszczać lekcje, bo uznałam, że życie jest ciekawsze niż podręczniki, oceny natychmiast mi spadły. A moja wiedza była identyczna. Co jest zatem oceniane i za co te paski?

Moim zdaniem to wyraz sympatii nauczyciela, która wynika głównie z pilności ucznia i jego obecności na lekcjach. Wielu stawia to na pierwszym miejscu. Przekonałam się bardzo dotkliwie, że posiadana wiedza mniej znaczy, niż kwestia tego, czy grzecznie i punktualnie przychodzę codziennie do klasy. W pewien sposób to rozumiem, bo tak można nauczyć dziecko solidności i systematyczności. Jednak jestem zdania, że za absencję odpowiada ocena ze sprawowania, a nie z przedmiotu. Bo jeśli umiem nadrobić wiedzę lub ją już posiadam, to wcale nie muszę tracić czasu na siedzenie w szkolnej ławce, prawda? Pomimo tego młodzieży nie daje się do tego prawa.

Czerwony pasek jest też w moim odczuciu nagrodą za geny, a tego z kolei nie powinno się nagradzać. Nie spotkałam jeszcze mniej inteligentnego dziecka, które dzięki pracowitości dochrapało się nagrody. Jednak ludzie i tak będą się chwalić świadectwami dzieci, chociaż żadna to ich zasługa, ponieważ człowiek rodzi się bardziej lub mniej zdolny. Rodzice w ten sposób rekompensują sobie swoje puste życie. Na plecach dzieci najłatwiej zdobyć oklaski, chociaż zapewne nie wszyscy to robią. Jednak widzę, że dziećmi chwalą się tylko ci, którzy niczym innym pochwalić się nie mogą. Nadymanie się czerwonym paskiem na świadectwie syna lub córki w Analizie Wypowiedzi oznacza: „jestem nikim, ale wierzę, że moje dzieci to nadrobią za mnie”.

Pamiętam takie towarzyskie spotkanie z kilkoma znajomymi osobami. Nie widzieliśmy się od kilku lat i każdy był ciekawy, co słychać u kogoś innego. Po kolei opowiadaliśmy, co robimy, jak zmienia się nasze życie. O potomstwie też oczywiście wspominaliśmy. Moja koleżanka urodziła bliźnięta i wszyscy zaczęli ja dopytywać o nie. A ona odpowiedziała: „Ale ja chcę o sobie wam najpierw powiedzieć, bo wydałam książkę… O dzieciach później”. To bardzo znamienne. Kiedy mamy ciekawe życie, zawsze mamy o czym opowiadać. Kiedy jest puste, pokazujemy dzieci jak tarczę. A przecież każdy żyje tu dla siebie, nie dla dzieci.

Trudno nie wspomnieć, że tymi czerwonymi paskami uczy się wyścigu szczurów. Tresuje się młodzież do późniejszej rywalizacji w korporacji. Dla mnie to rzecz okropna, bo człowiek Nowej Ery ma współpracować, a nie rywalizować. Szkoła nie uczy niestety przyzwoitości i wspierania siebie nawzajem. Jeśli lepszy uczeń podpowie coś słabszemu, to zostanie za to ukarany. A potem będziemy słuchać narzekania na egoizm i znieczulicę, na cyniczne skupianie się na sobie i na brak empatii. A ja w tym widzę te tresowane w dziwny sposób dzieci, którym nie wolno dać ściągi słabszemu.

O potężnym stresie tych słabszych wie chyba każdy. Dużo się o tym pisze. Dzieci stają na głowie, by zaspokoić oczekiwania rodziców, a to czasem jest totalnie nieosiągalne. Każdy z nas ma określone zasoby. Przekłada się to na zdolności lub ich brak w konkretnych przedmiotach. I nauczyciele są różni – to też tylko ludzie. Nie są obiektywni, a oceny mogą stawiać zależnie od humoru. Dodajmy do tego stres szkolny, który wcale nie jest żartem. Wiele dzieci tego doświadcza. Niektóre mdleją, wymiotują, cierpią z powodu rozmaitych chorób, a trauma zostaje im do końca życia. Podłożem jest tu oczywiście lęk, że się nie sprosta wymaganiom nauczycieli albo rodziców.

Z perspektywy czasu mogę też powiedzieć, że największe sukcesy odnieśli ci uczniowie „bez pasków”. Tacy czwórkowi. Mam wśród szkolnych znajomych cenionych dentystów, lekarzy, sędziego, znanego biznesmena-milionera, dziennikarkę, artystkę plastyczkę. Nikt z nich nie miał tego paska. Pamiętam, jak się uczyli i to, że dostawali różne oceny – od trójek do piątek. Ci od czerwonych pasków natomiast zniknęli bez śladu w szarym tłumie. Daleka jestem od krytyki, bo przecież sama dostawałam nagrody przez pewien czas. Jednak największe talenty to ludzie, którzy mają pasje, a to zwykle owocuje tym, że z części przedmiotów mają wysokie oceny, a z innych dostateczne. Rzekłabym – takie ukierunkowanie już w dzieciństwie, kiedy jedne rzeczy nas interesują, a drugie tylko zaliczamy bez zapału.

A teraz najważniejsze: treść szkolnego programu. Zabrakło mi w nim nauki empatii, życzliwości, tolerancji, bezinteresownego wspierania słabszych kolegów. Odnalazłam to w prywatnym liceum moich córek – obie zabrałam ze szkoły publicznej, ponieważ postawiłam na prawdziwą jakość wykształcenia. Uczyły się pięknego podejścia do tych, którym życie nie dało pełni zdrowia, ponieważ miały w klasie osoby na wózkach i z różnymi ograniczeniami ruchowymi. Przyswajały nie tylko matematykę czy fizykę, ale też zasady współpracy, współczucia i rozumienia słabszych. Dzisiaj są zwyczajnie dobrymi ludźmi i to mnie w nich bardziej zachwyca niż naukowe osiągnięcia.

Na koniec napiszę, że w szkole publicznej brakuje – moim zdaniem – zajęć z rozwijania poczucia własnej wartości, które jest fundamentem szczęśliwego życia. Bez tego całą wiedzę z historii czy geografii można spokojnie wrzucić na do szuflady. Większość do niczego się nie przydaje. Brakuje też zajęć z tworzenia dobrych relacji, z psychologii związku, z psychologii komunikacji. Zdecydowanie brakuje nauki pozytywnego myślenia i Prawa Przyciągania, które tworzą jakość naszej egzystencji. Ludzie zdają maturę i przegrywają w życiu, bo nikt ich nie uczy tego, co najważniejsze i naprawdę przydatne. Wszystkim, którzy chcieliby bronić szkolnego programu, polecam serial „Matura to bzdura”. Mnóstwo nauki, pełno czerwonych pasków, a potem żenujące wypowiedzi młodych ludzi. Chyba nie o to chodzi w szkolnej nauce. Może lepiej mniej, ale uczyć tego, co naprawdę ważne?

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 627
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu