To bardzo ciekawa nazwa zjawiska, które wielokrotnie opisywałam, chociaż nie używałam tego określenia. Jestem przedstawicielką pokolenia, które naprawiało uszkodzone przedmioty. Dzisiaj rzadko kiedy coś się naprawia i to wcale nie dlatego, że jesteśmy leniwi lub co gorsza rozpieszczeni. Przede wszystkim trudno dzisiaj znaleźć na przykład szewca, który naprawi uszkodzone buty. Kiedy obuwie się rozpada, po prostu je wyrzucamy. Po drugie: wszystko jest dzisiaj w zasięgu ręki i ceny też są zupełnie inne niż kiedyś. Nowa para butów może kosztować tyle samo, ile naprawa. Po co zatem naprawiać?
Kiedyś było inaczej, ale nie próbuję mówić, że lepiej. Każde zjawisko ma swoje plusy i minusy. Nie musimy tęsknić za naprawianymi butami, lutowanymi garnkami i klejonymi wazonami. Możemy z ciekawością otwierać się na zmiany i nowe trendy w naszej rzeczywistości. Ważne przy tym jednak, by rozumieć, co jest dla nas korzystne, a co niekoniecznie. Bo o ile nowa para butów w miejsce starych jest dobra rzeczą, to już zaniechanie naprawiania relacji bywa wielkim błędem, za który przychodzi nam płacić nierzadko przez resztę życia.
Syndrom pękniętej wazy odnosi się do związków, w których najdrobniejsza rysa powoduje skreślenie wspólnej przyszłości. Czyli obrazowo mówiąc – jeśli pęka szklany wazon, to wyrzucamy go do śmieci w obawie, że kiedy rozpadnie się na kawałki to nas pokaleczy. W przypadku wazonu to dosyć logiczne, ale czy związek jest jak wazon? Czy drugi człowiek jest ze szkła? Mam czasem wrażenie, że przenosimy na relacje międzyludzkie to podejście, które stosujemy w przypadku przedmiotów: rozklejonych butów, podartych sukienek, pękniętych naczyń. A relacja to nie przedmiot.
Warto zwrócić tutaj uwagę na dwa aspekty. Pierwszy to lęk przed zranieniem. Pozbywamy się pękniętego szkła, nawet jeśli zachowuje swój kształt, bo wiemy, że przy najlżejszym trąceniu, może się potłuc całkiem i nas skaleczyć. Obserwuję takie dziwne zjawisko opisywane przez młode kobiety, które polega na tym, że zrywają z partnerem, kiedy tylko popełni jakiś błąd. Dorabia się do tego całą filozofię o braku szacunku, o egoizmie i o tym, że lepiej rozstać się teraz, niż czekać na większy dramat i większe cierpienie. Gdyby każda młoda kobieta tak myślała, to niebawem bylibyśmy wszyscy samotni, bo żaden związek nie miałby racji bytu.
Na szczęście są osoby, które rozumieją, że od jednego błędu świat się nie zawali. Mylić się jest przecież rzeczą ludzką. Nie ma idealnych partnerów ani partnerek i sztuka życia nie polega na wyrzucaniu za drzwi kolejnych osób, tylko na umiejętności przyjmowania ludzi, którzy nie zawsze spełniają wszystkie nasze oczekiwania. Kiedyś mówiło się o sztuce kompromisu, ale dzisiaj to nawet nie kwestia kompromisu tylko – moim zdaniem – dostrzegania w człowieku człowieka. Zwykłego „ludzkiego człowieka”. Pełnego wątpliwości, wahań, emocji, czasem wybierającego mądrze, a czasem wręcz przeciwnie. Kiedy tworzymy związek, to robimy to z człowiekiem, a nie z robotem, który będzie mechanicznie wypełniał nasze polecenia. Nieuchronnie pojawią się spory, dyskusje i sprawy, które będą wymagać tolerancji, rozumienia i wybaczenia.
Dla jasności dodam, że nie mam tu na myśli patologii ani toksycznych partnerów. Mówię o zwyczajnych ludziach, którzy po prostu popełniają błędy. Kochanie polega na tym, by czasem dać kochanej osobie prawo do tych błędów i nie traktować ich jak rysy na szkle, która zagraża naszemu bezpieczeństwu. Wszyscy nosimy w sobie jakieś doświadczenia, które kształtują nasze reakcje. Strach ma wielkie oczy, a w ludzkich sercach jest dużo dobra, miłości i zrozumienia. Czasem warto zaufać temu dobru i pozwolić mu wybrzmieć. W klasycznym związku są chwile trudne, ale są i piękne. Są spory, ale jest też czułość i ciepło. Są rozczarowania, ale jest też poczucie bezpieczeństwa. To się zwykle przeplata i na tym polega prawdziwe życie. Nie można przed tym uciekać.
Drugi aspekt uwolnienia od pozbywania się ludzi, jak pękniętych naczyń to rozumienie, że każda rysa wzmacnia, a nie uszkadza. To trudne do pojęcia, bo żyjemy w czasach bardzo konsumpcyjnych i nastawionych na bezproblemowość. Tymczasem to właśnie najtrudniejsze chwile budują relację. Kiedy tworzymy związki, to uczymy się siebie i bywa tak, że dopiero po kilku latach przestajemy siebie nawzajem rozczarowywać i drażnić. Każda kłótnia, każdy konflikt to cegiełki do dobrego związku. Kiedyś mówiło się, że związek bez kłótni jest jak mięso bez soli. Rzecz nie w znudzeniu i dodawaniu pieprzu do codzienności. Rzecz w tym, że każdy spór uczy nas czegoś o sobie. Poznajemy wzajemnie swoje ograniczenia, priorytety i upodobania. Nie wszystko da się opowiedzieć. Czasem trzeba się pokłócić, by zapamiętać, co ukochaną osobę porusza. Bo to emocje najmocniej zapisują w naszej pamięci określone fakty.
Uczymy się też dwóch ogromnie ważnych lekcji – wybaczania i przepraszania. Bez tych wielkich jakości nie przetrwa żadna relacja. Są najważniejsze. Ważniejsze niż miłość i szacunek, które odmienia się przez wszystkie przypadki. Tymczasem największym darem i największym mistrzostwem relacji są te dwie boskie reakcje. Po pierwsze łagodność w podejściu do błędów innej osoby i zwyczajne odpuszczenie tego, że je czasem popełnia. Nikt nie jest idealny, a każdy spór ma dwa końce. Umiejętność wybaczenia to najważniejsza karmiczna lekcja tutaj na Ziemi. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy”.
A po drugie ogromnie istotna jest umiejętność uznania, że mogliśmy nie mieć racji i powiedzenie: „przepraszam, myliłem się”. A jeszcze częściej zauważenie, że nawet kiedy mamy rację, to możemy komuś niepotrzebnie zrobić przykrość, bo rację można też wygłaszać łagodnie, nie poniżając drugiej osoby. Tutaj niezbędne jest wysokie poczucie własnej wartości. Tylko człowiek o wysokiej samoocenie potrafi przyznać się do błędu. I tylko człowiek o dużej pewności siebie umie ustąpić lub przekazać swoją rację tak, by nikogo nie ranić. Zakompleksione osóbki dowartościowują siebie przez poniżanie innych. Nie warto być taką osóbką. Warto natomiast umieć przeprosić, jeśli w gniewie powiemy o dwa słowa za dużo. W relacji nie jest ważne, kto ma rację. Ważne, co kto czuje.
Kiedy ludzie żyją ze sobą i przeżywają wspólnie wzloty i upadki, to uczą się siebie. Nie tylko partnera – a przecież warto znać partnera, jego granice, jego upodobania, jego słabości – po to by kochać bardziej i nie ranić nawet przypadkiem. Ale w każdym sporze uczymy się też siebie, kiedy zadajemy sobie pytanie: dlaczego się tak rozzłościłem? Dlaczego poczułam się zraniona? Czego mi zabrakło, a czego było za dużo? Najczęściej – to już mówię z wieloletniej praktyki – wina naszego emocjonalnego cierpienia nie leży wcale po stronie partnera, lecz w naszej niskiej samoocenie. Kiedy nie umiemy kochać siebie, dotykają nas nawet drobiazgi. Obwiniamy ukochaną osobę, zamiast zobaczyć, że dopóki sami jesteśmy poranieni, to boli nas nawet podmuch wiatru.
Zobaczcie zatem, ile wspaniałych lekcji niesie wspólne bycie razem. Każdy człowiek wnosi do relacji fascynujące spojrzenie na codzienne elementy życia. Nawet jeśli musimy przejść przez wiele kłótni i rozczarowań, to finalnie ciągle wzrastamy. Poznajemy siebie. Uzdrawiamy siebie. Na tym przecież polega życie, by doświadczać ciągle na nowo i kształtować coraz piękniejszą wersję siebie. I za każdym razem nasze wspólne uczucie też się umacnia. W każdej relacji jest trochę inaczej, ale zgodę i miłość wspólnie się buduje. Jeśli wyrzucimy związek do kosza już po pierwszym błędzie, to nigdy nie doczekamy się prawdziwej miłości. Bo miłość to nie spijanie sobie z dzióbków, ale patrzenie w tym samym kierunku.







