Ponieważ urodziłam się w znaku Bliźniąt, to stale odkrywam i robię coś nowego. Pomimo znajomości wielu technik diagnostycznych, ciągle poznaję nowe i z zapałem uczę się tego, czego wcześniej nie miałam okazji dobrze opanować. W obszarach, które są moją pasją, jestem w ciągłym ruchu i wprowadzam zmiany w metodach, formach i sposobach pracy nad tym, czym się zajmuję. I oczywiście stale pojawiają się u mnie pomysły na nowe książki, ale to już osobny temat.
Nie każdy jest taki. Są ludzie stali w swojej pracy, ugruntowani w pewnych sprawdzonych technikach i nie wychodzący poza to, co dobrze znane i co przynosi efekty. To też w porządku, nawet jeśli celem naszego życia jest doświadczanie, ponieważ wszechświat na tych osobach i tak wymusza niewielkie posunięcia. Na przykład opanowanie zasad internetowej reklamy czy naukę nagrywania filmów na vloga. Zatem czy chcemy i lubimy, czy wręcz przeciwnie – opieramy się zmianom, one i tak nas dopadają i transformują nasze istnienie.
Potrzeba nowości bywa spontaniczna – jak u mnie, ale bywa też odpowiedzią na jakiś dyskomfort. Z całą pewnością – jeśli chcemy się uwolnić od poczucia wypalenia, nudy czy innej emocjonalnej niewygody, to musimy ruszyć zastane energie i wprowadzić coś nowego. Czasem to nam dobrze robi, bo w nowych okolicznościach odnajdujemy zwykle jakieś aspekty, które budują nas i rozwijają. Poznajemy coś, co może być odkrywcze i terapeutyczne. Aczkolwiek nie zawsze nam się udaje, bo nie zawsze wiemy, gdzie szukać.
Myślę, że największym błędem może być „szukanie siebie”. Brzmi to tak modnie i tak ładnie, ale prowadzi w ślepe uliczki odrzucenia siebie takim, jakim się jest w istocie. Tymczasem każdy jest doskonały w każdym momencie istnienia. Jeśli czujemy dyskomfort, to nie dlatego, że to my jesteśmy nieudani i musimy szukać innej wersji siebie. Nie istnieje lepsza wersja nas. My jesteśmy swoją najlepszą wersją. Rzecz zatem nie w poszukiwaniu siebie i zmienianiu siebie. Uważam, że wszystko zaczyna się od pokochania siebie w dowolnym punkcie w jakim się znaleźliśmy. Dopiero zaakceptowanie siebie da nam fundament do poprawienie czegoś w taki sposób, żeby poczuć się lepiej – przede wszystkim z samym sobą.
Czego zatem szukamy, jeśli nie siebie? Zazwyczaj trzeba zmienić sposób widzenia, sposób patrzenia, sposób myślenia. To nie przychodzi samo od wyglądania przez okno, jasne. Ale można sobie w tym pomóc wprowadzając do życia inspirujące zmiany, które przyniosą przetransformowanie optyki. Kiedy konfrontujemy się z nowymi zjawiskami i doświadczeniami, odkrywamy doznania, które pomagają nam dostrzec na nowo coś, co zwykle widzieliśmy tylko kątem oka. Albo czego nie zauważaliśmy w ogóle. Dotykając czegoś po raz pierwszy, pozwalamy sobie na uruchomienie wszystkich zmysłów i zadawanie pytań, które prowadzą do odświeżenia spojrzenia na świat.
Właśnie dlatego zmiany są takie cenne i dlatego warto się na nie otwierać niezależnie od własnej natury. One są jak ciepły prysznic, który zmywa stary kurz i pozwala poczuć się inaczej. To inaczej zawsze wprowadza element zaciekawienia i potrzebę badania. Rzecz jasna nie wszystko, co nowe musi nam się spodobać. Czasem odrzucamy, to co się pojawia, ale najpierw smakujemy, na ile wpisuje się w nasze oczekiwania. I to smakowanie jest ogromnie ważne. Podobnie jak w restauracji – zamawiamy po raz pierwszy nowe danie, by zobaczyć, jak smakuje wątróbka z porzeczkami. Możemy się w tym daniu rozkochać, a możemy odłożyć po pierwszym kęsie. Ale ten kęs wzbogaca nas o nowe doznania.
Życie należy smakować w ten sam sposób. Doświadczać. Sprawdzać. Smakować. Próbować. Bo chociaż każdy z nas może mieć ulubione potrawy, to po jakimś czasie one zwyczajnie przestają smakować. To jak oglądanie w kółko tego samego filmu. To jak jeżdżenie zawsze w ukochane miejsce – nagle okazuje się, że ktoś ściął nasze drzewo, pod którym tak cudnie czytało się książkę. Może zniknęły kolorowe krzewy z kwiatami? Może na zielonej łące stanęły budynki mieszkalne? Może ktoś postawił ogrodzenie i nie można już wejść do zagajnika, w którym robiło się bajeczne zdjęcia? I nagle to już nie jest takie fajne jak kiedyś.
Zaczynamy szukać innego miejsca, ale tak naprawdę szukamy tych samych uczuć i doznań: spokoju, ciszy, zachwytu, ciepła, bezpieczeństwa, odprężenia. Szukamy zatem kolorowych widoków, zapachu skoszonej trawy, przebłysku słońca między gałęziami, swojego drzewa, o które można się oprzeć. Szukamy dobrych rzeczy, ale szukamy też tego, co już znamy i lubimy. Bo to zawsze gdzieś jest, w innym przebraniu, w innym miejscu, w innej scenerii. W życiu wszystko podlega zmianom, dlatego warto tropić nowe miejsca, zjawiska, doświadczenia, wydarzenia, aby zawsze mieć na swojej liście coś, co przynosi nam oczekiwane odczucia.
To pewien paradoks, ale szukając czegoś nowego, szukamy tak naprawdę tego, co zapisało się pozytywnie w naszym sercu. Tego poczucia błogości, spokoju i bezpieczeństwa. Czasem bywa tak, że nieświadomie tęsknimy za ciepłem w ramionach matki. Za tym stanem, którego świadomie nie pamiętamy, ale który jest gdzieś zapisany w naszych komórkach. I możemy to odnaleźć otulając się puszystym kocem, trzymając w dłoni kubek pysznej herbaty, przytulając się do ukochanej osoby albo leżąc na ciepłym piasku na plaży. Na szczęście jest wiele miejsc i stanów, które prowadzą nas do błogości. Kiedy jeden się wypala i przestaje spełniać oczekiwania, możemy poszukać innego.
Nowość bywa też bardzo inspirująca. Kiedyś wspominałam o tym, że nieoczekiwanie zaczęłam malować obrazy, a początek dało temu niewielkie ćwiczenie na warsztatach. Ćwiczenie, które zmusiło mnie, abym po 30 latach wzięła znowu pędzel do ręki. Nakręciło mnie to na dłuższy czas i rzeczywiście doświadczałam radośnie malowania, odkrywając w sobie coś, czego wcześniej nie znałam. Aż któregoś dnia połączyłam to z Językiem Światła i teraz już nie maluję, aby testować, a tylko wtedy, kiedy chcę w ten sposób wprowadzić energię uzdrawiania. Mój dom jest teraz pełen kolorowych obrazów.







