Kintsugi

Dzisiaj kolejne japońskie słowo, które pozwala sięgnąć do głębi ludzkiej mądrości. „Kintsugi” oznacza sztukę klejenia potłuczonej ceramiki z pomocą złotego lub srebrnego spoiwa, co w efekcie tworzy nowe piękne dzieło. Od dość dawna przyjmuje się to też jako metaforę naprawiania samego siebie po traumatycznym wydarzeniu. Po bolesnym upadku wstajemy silniejsi i piękniejsi niż byliśmy przed nim, podobnie jak stłuczone naczynie sklejone złotem staje się artystycznym klejnotem.

Ukazało się kilka książek na ten temat, których – przyznaję się – nie czytałam, ponieważ pracuję według tej zasady, odkąd poznałam podstawy psychologii. Dla mnie to oczywiste, ponieważ dorastałam w czasach, które nie były tak przeładowane komercją. Wówczas zepsute przedmioty naprawiano, a nie wyrzucano do śmieci. Ludzie zwyczajnie mieli mniej pieniędzy, ale też wychowywani byli – podobnie jak ja – w szacunku dla wytworów pracy drugiego człowieka. To pewien styl życia, który nie zawsze wywodził się z nędzy. Bardziej ze świadomości dla życia.

Jako mała dziewczynka przyglądałam się, jak mój dziadek lutował dziurawe garnki i przybijał zelówki do butów. Z uwagą obserwowałam, jak przywracał do życia zegary z kukułką. Miał złote ręce i potrafił naprawiać wiele zepsutych urządzeń. Babcia natomiast cerowała skarpety i zszywała na maszynie to, co się rozpruło. Nie chodziłam z łatami na ubraniu, bo stać nas było na nowe rzeczy, ale nie wyrzucano czegoś z niewielkim uszkodzeniem. To pewien styl życia, który uczył szanowania tego, z czego się korzysta. Bo faktem bezspornym jest, że sposób traktowania przedmiotów przenosimy na życie i ludzi.

Człowiek, który wyrzuca coś lekko uszkodzonego, co można naprawić, wyrzuci też z domu partnera czy partnerkę, kiedy po ludzku popełnią błąd lub okażą słabość. To znamienne, że za czasów moich dziadków ludzie się tak często nie rozwodzili, ponieważ umieli ze sobą rozmawiać. A przede wszystkim potrafili sobie wybaczać. Żaden związek nie przetrwa bez tego daru, ponieważ ideały nie istnieją. I chociaż zdarzają się partnerzy, którzy nie zdradzają, to z całą pewnością nie istnieją tacy, którzy nie robią małżonce czy małżonkowi większej lub mniejszej przykrości.

Jesteśmy emocjonalni. Jesteśmy żywi i wrażliwi. Reagujemy czasem zbyt szybko. Każdy z nas ma jakieś wady. Związek miłosny – w moim rozumieniu – polega na tym, by być przy sobie i wspierać siebie nawzajem. Moje „kintsugi” to uzdrawianie mojej relacji i trwanie przy mężu bez względu na to, jaki błąd popełni. Bo każdy ma prawo do błędu. A jeśli kogoś naprawdę kocham, to przyjmuję go całego, takim jakim jest i ze wszystkimi jego słabościami. W zamian przecież daję to samo – swoje emocje, wady, pomyłki. To jest kochanie. I dlatego wybieramy sobie partnera starannie, aby umieć potem być z nim na dobre i złe.

Tymczasem te powtarzane nierzadko przy ołtarzu przysięgi nie mają dla ludzie już żadnej wartości. Ktoś coś zrobi nie tak i wyrzuca się go jak dziurawy garnek. Ludzie nie umieją naprawiać relacji – zwyczajnie odchodzą i szukają sobie kogoś nowego. Tak jest łatwiej i ciekawiej. Postępują jak małe dzieci, które nigdy nie dorosły do tego, aby uszanować to, co posiadają. Z mojego punktu widzenia to wielka niedojrzałość, bo po to tworzymy parę, aby wspierać się właśnie wtedy, kiedy jest trudno. Nie jest sztuką być miłym i spijać śmietankę związku, kiedy jest fajnie. Sztuka dojrzałej relacji polega na rozumieniu drugiego człowieka i wybaczaniu mu błędów.

Aktualnie panuje moda na źle pojętą asertywność i wyolbrzymianie cierpienia. Zdarzyło mi się parę razy rozmawiać z klientkami, które zostały incydentalnie zdradzone. Na moją sugestię terapii i ratowania związku odpowiadały: „och, nie mogłabym. Będę teraz żyła dla siebie i poszukam sobie kogoś innego”. Niskie poczucie wartości nie przyjmuje do siebie opcji pogodzenia się. Potrafi to tylko taki człowiek, który ma wysoką samoocenę i nie czuje się gorszy przez tego typu trudne doświadczenie. To problem nieumiejętności rozumienia i wybaczenia. Po co naprawiać coś, jak jest okazja poszukać sobie nowej zabawki?

Dla jasności dodam, że nie piszę tu o patologii i toksycznych partnerach ani o alkoholikach, czy krętaczach, którzy notorycznie oszukują wszystkich dookoła. Bywają różne sytuacje. Czasem odejście od partnera – partnerki jest najlepszą opcją dla własnego zdrowia i bezpieczeństwa. W rozważaniach wokół „kintsugi” wspominam te przypadki, gdzie ktoś kochał, ale z różnych powodów zagubił się i popełnił błąd. Rozmawiałam także z mężczyznami, którym zdarzyło się zdradzić. Te związki były do odbudowania. Można je było uzdrowić i wprowadzić na piękny poziom miłości. Niestety panie przyjmowały stanowisko: „niczego nie chcę naprawiać, kupię sobie nowe”.

Opisałam tego typu fikcyjną historię w książce „Zakłamanie”. To opowieść o wielkiej sztuce wybaczania. To właśnie prawdziwe psychologiczne „kintsugi”, bo para po takim doświadczeniu promieniuje złotymi bliznami tworząc takie wibracje miłości, o jakiej wielu nawet się nie śniło. To najwyższa szkoła jazdy w relacjach. Dostępna niestety coraz rzadziej, bo dzisiaj nie ma już mody na naprawianie i uzdrawianie. Dzisiaj się wyrzuca do kosza. Opisałam najtrudniejsze wyzwanie, czyli zdradę, ale związki rozpadają się z całkiem błahych powodów. Bo on nie umie obsługiwać pralki, bo ona nie nosi pierścionka od niego, bo nie poszedł do tamtej pracy tylko do innej, bo zostawia skarpety na środku pokoju…

Niechęć do naprawiania dotyczy nie tylko związków miłosnych, ale wszystkich relacji. Ludzie przestali się przepraszać. Przestali sobie wybaczać. Przestali siebie rozumieć. Koleżanka obgadała koleżankę i koniec na wieki, bo przecież to obciach się pojednać. Fizyczne spotkanie, uściśnięcie ręki, przytulenie i powiedzenie: „rozumiem, co czujesz, zależy mi na tobie” – to nie do zrobienia. Wbrew ogromnej popularności metody Tippinga i setek warsztatów, nie ma tendencji do prawdziwego pojmowania wybaczenia. A w moim oglądzie świata to jest właśnie „kintsugi”. To jest prawdziwa sztuka życia – ratowanie i wyzłacanie tego, co było dla nas cenne.

To, co widzę u innych w tym temacie, to uzdrawianie siebie. Zawsze tylko siebie. Często to wielkie cierpiętnictwo, bo: „on mnie rozczarował i odszedł do innej, to teraz się rozpadam”. Rozumiem to – przecież sama uczę stawania na nogi po trudach życia, sama uczę podnoszenia poczucia wartości. To też ważne. Ale na tym się świat nie kończy. Jest coś oprócz czubka naszego nosa – życie, ludzie, relacje. Wszyscy skupiają się na sobie, na swojej traumie, na uzdrawianiu swojego bólu i dumnie pokrzykują: „stłucz szklankę, a potem ją przeproś, I co? Będzie cała?”. Otóż w „kintsugi” nie tylko będzie cała, ale nawet piękniejsza od pierwowzoru. Ale trzeba ją skleić, czyli wybaczyć z serca i zrozumieć, że rzadko kiedy ktoś rani nas świadomie. Trzeba dojrzeć na tyle, by widzieć w innym tylko omylnego człowieka.

Brak wybaczania w społeczeństwie to także te wszystkie choroby, które zabierają coraz młodszych. Jeśli nie umiemy naprawiać życia i związków, to płacimy coraz wyższą cenę. Tymczasem zamiast wyolbrzymiać własne cierpienie, można powiedzieć sobie: „cóż, to tylko zdarzenie” i spróbować zobaczyć całość. Bo może da się cudnie posklejać relację? Może warto przyjąć przeprosiny? Może warto dojrzeć w połączeniu z rozwojem samoakceptacji na tyle, aby samemu przeprosić? I stworzyć nowe dzieło sztuki z uzdrowionej relacji.

 

 

 

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 729
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu