Dbając o zdrowie

Nie warto się denerwować. Budda podobno powiedział: „Chowanie w sobie złości, jest jak trzymanie gorącego węgla z zamiarem rzucenia nim w kogoś. To my się sparzymy”. To jeden z najmądrzejszych i najbardziej cennych cytatów, jakie kiedykolwiek widziałam. Uświadamia, że każda złość, a w zasadzie każda paskudna emocja jest strzelaniem sobie w stopę. Najbardziej krzywdzimy siebie. Bo nawet jeśli agresywnie odpowiemy komuś innemu, to często wzbudzimy tylko poczucie satysfakcji u osoby, która nas nie lubi. Bo złość jest zawsze przejawem bólu i lęku. Właśnie dlatego nieżyczliwe osoby cieszy ta nasza złość.

Warto pamiętać, że ta metafora jest bardzo dosłowna i pokazuje stan faktyczny. Złość uszkadza nasze tkanki. Podobnie zresztą jak rozczarowanie, żal, pretensje. Te emocje często mieszają się ze sobą i czasem nawet trudno nam określić, co naprawdę czujemy, kiedy zostaniemy przez kogoś skrzywdzeni. Nawet doprowadzeni do łez wcale nie musimy płakać z rozpaczy, ale z poczucia bezsilności, kiedy nie jesteśmy w stanie siebie obronić czy udowodnić, że nie jesteśmy winni czemuś, co nam się niesprawiedliwie zarzuca.

Niestety wszechświat jest tak skonstruowany, że oprócz niesprawiedliwości i krzywdy ze strony innych, możemy w krótkim czasie doświadczyć także choroby, ponieważ negatywne emocje uszkadzają nasze ciało. I to jest coś, o czym nie można zapominać. Kiedy obserwowałam takie zjawisko wiele lat temu, doszłam do wniosku, że wszechświat jest okrutny i niesprawiedliwy, bo cierpieć powinna osoba, która zrobiła krzywdę, a nie ofiara tej krzywdy. Ale to jest właśnie tak, jak trzymanie rozżarzonego węgla.

Bo poczucie krzywdy, żal i pretensje są także jak gorący węgiel trzymany w dłoni. Z tą różnicą, że w nikogo nie chcemy rzucać – ten kawałek węgla został nam włożony do ręki przez agresora. A my zamiast go wyrzucić, trzymamy i pozwalamy, by cierpienie spalało nas od środka. Obserwuję często ludzi dobrych i życzliwych, którzy zapadają na ciężkie choroby, ponieważ wewnątrz cierpią. Zostali skrzywdzeni i niosą w sobie ten ból, zamiast wyrzucić jak najdalej od siebie.

Dzisiaj rozumiem, że to nie jest podłość wszechświata, tylko pewna logiczna konstrukcja energetyczna, która nas uczy rozumienia i akceptacji. Kiedy zostaniemy skrzywdzeni przez inna osobę, z zasady wchodzimy w ten sam poziom kwantowy: żal, ból, niechęć, pogarda, pretensja. Energetycznie to się niczym nie różni od tego, czym zostaliśmy obrzuceni przez agresora – to wszystko niskie szkodliwe wibracje. A nie po to się dzieją rzeczy w naszym życiu. One nie pojawiają się po to, aby nas zranić, upokorzyć, rzucić twarzą na ziemię. One dzieją się dla nas i dla naszego rozwoju.

Po pierwsze po to, by odkryć w sobie źródło cierpienia – czyli mówiąc inaczej: wzorzec, którym przyciągamy agresora, oszusta czy oponenta. Ale po drugie – moim zdaniem ważniejsze – abyśmy nauczyli się zarządzać emocjami i nie pozwalali sobie na ranienie samych siebie. Niestety choroby uczą najskuteczniej. Ale warto wiedzieć, że chorować wcale nie musimy, bo uwolnienie wszystkich negatywnych emocji i wypełnienie się bezwarunkową miłością uzdrawia wszystko i wszystkich. Są na to dowody – wątpiących odsyłam do książek Louisy L. Hay oraz Anity Moorjani.

Inteligencja emocjonalna nie jest celem samym w sobie – jest narzędziem, które pozwala zachować zdrowie. Istotniejsza jest umiejętność zachowania spokoju poprzez głęboką świadomość sensu wydarzeń. Kiedy patrzymy w duchowego punktu widzenia, to nie widzimy podłego człowieka, tylko inną duszę, z którą mamy umowę w kwestii rozwijania akceptacji, miłości, czasem wybaczenia. Kiedy pojmujemy, że otrzymany od kogoś kopniak jest dla nas impulsem do podniesienia wibracji i nauki rozumienia, to nie tracimy energii na złoszczenie się na tego, który nas kopnął. Przechodzimy w taką czasoprzestrzeń, w której nikt nas nie będzie kopał.

O to w istocie chodzi w naszym życiu – o płynne przemieszczanie się pomiędzy wymiarami, aby nie być oszukiwanymi, zdradzanymi, kopanymi, poniżanymi. Ruch ten nie odbywa się w wyniku przeczytania książki ezoterycznej, ale w procesie wybaczania, kochania, akceptowania i rozumienia. Zmiana na poziomie świadomości i każde pełne kochania i wysokich wibracji: „Acha, to o to chodzi!” przerzuca nas w takie pasmo istnienia, w którym znika oponent, wróg, oszust czy zdrajca. Czasem potrzebujemy wielu lat, aby to w sobie poukładać.

Opisywałam już takie sytuacje. Ale i sama doświadczyłam. Z praktyki podpowiem, że sami musimy to w sobie poczuć, jako zasadę istnienia. Ludzie praktykują wybaczanie jako pojedyncze procesy z określonymi osobami. Wypełniają setki arkuszy, robią medytacje i ciągle wpadają w kolejne uwikłania z innymi osobami. Dzieje się tak, ponieważ nieustająco skupiają się na ludziach i swoich karmicznych z nimi powiązaniach. Tymczasem to powiązanie to tylko informacja, że trzeba potraktować coś na głębszym poziomie w sposób wysoko wibracyjny.

Najważniejsze jednak jest rozumienie, że wszyscy jesteśmy Jednością. Że wszyscy nawzajem się uczymy. Bardzo często, kiedy na poziomie świadomości przyjmiemy swoje lekcje i podniesiemy swoją energię, to wrogowie znikają z naszego życia. Zajmują się czymś innym i nasza przestrzeń staje się czysta i wolna od zła. Ogólnie rzecz biorąc o to właśnie chodzi w tych naszych lekcjach. Nie o analizowanie, co miał na myśli agresor i dlaczego nie umiał inaczej – on przyszedł na Ziemię ze swoim bagażem i odgrywa swoją rolę, a my swoją. Jest tylko dostawcą lekcji. Nie należy się nim zajmować w ogóle.

Naszym zadaniem jest podnoszenie poczucia własnej wartości i kochanie siebie coraz mocniej i głębiej. Naszym zadaniem jest reagowanie na własne emocje w sposób szybki i zdecydowany, aby je zatrzymać i nie pozwolić na niszczenie czy uszkadzanie naszego fizycznego ciała. Naszym zadaniem jest rozumieć, że zeszliśmy tutaj po miłość, radość i piękno, a nie po użalanie się nad sobą. Niepopularne jest to, co piszę, bo ludzie z reguły skupiają się na dostawcy lekcji. A zajmowanie się owym dostawcą niewiele nam pomaga. Kiedy odpuścimy jednemu, to przyjdzie w jego miejsce inny. Będzie się to powtarzać, dopóki nie zdecydujemy się całkiem zaufać bezwarunkowej miłości i nie skupimy na sobie i swojej własnej energetyce.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 729
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu