Pozytywne myślenie wydaje się czymś tak oczywistym, że niezmiennie zaskakuje mnie, jak niewiele ludzie wiedzą na ten temat. Być może patrząc z perspektywy mojej trzydziestoletniej praktyki wszystko wydaje się proste, a dla innych wcale takim być nie musi. Dlatego dzisiaj kolejna porcja wyjaśniania i tłumaczenia najczęściej popełnianych błędów w pisaniu i mówieniu o zasadach pozytywności przez ludzi, którym wydaje się, że mają wiedzę. Ale w rzeczywistości niewiele wiedzą i nie rozumieją Prosperity.
Po pierwsze – najczęściej spotykany zarzut to naczelna zasada: myśl pozytywnie. Niektórym wydaje się, że to oznacza dobrą minę do złej gry i tłumienie emocji. Spotykam czasem wygłaszane mentorskim tonem pouczenia, że nie można myśleć pozytywnie, bo mamy prawo czasem poczuć gniew lub smutek. Śmieszy mnie to perorowanie – wybaczcie – bo aż uwierzyć trudno, że dla kogoś pozytywne myślenie oznacza chodzenie cały dzień z bananem przyklejonym do twarzy. Nic bardziej mylnego. „Myśl bardziej optymistycznie” mówimy zwykle wtedy, kiedy ktoś ma do wyboru: uwierzyć w siebie, w swoje możliwości, w pomyślność albo krakać, że nic mu się nie uda, że nie potrafi, że na pewno wszystko pójdzie źle. To zatem kwestia wybierania wiary w dobro, zamiast zamartwiania się.
W Prospericie dajemy sobie prawo do odczuwania i uszanowania każdej emocji, ponieważ każda jest istotnym drogowskazem do zrozumienia samego siebie i swoich zapisów. Natomiast zdrowo rozsądkowo zachęcamy do szybkiego uwalniania smutku, gniewu lub żalu, żeby nie niszczyły naszego ciała. Psychosomatyka jest wiedzą wielokrotnie udowodnioną – polecam prace Bruce’a Liptona i Louisy Hay – zatem nie warto wpędzać siebie w choroby z powodu długotrwałego taplania się w negatywnych emocjach. Mówiąc prościej: mamy prawo poczuć rozpacz i porządnie się wypłakać. Rzecz w tym, by nie trwało to całymi dniami czy tygodniami. Mądrze i korzystnie dla zdrowia jest uwolnić smutek i wprowadzić w to miejsce spokój i akceptację. A jeśli się uda, to nawet radość.
Prosperita uczy szukania powodów do radości i zadowolenia. Uczy optymizmu, miłości do siebie i wiary w siebie. Nie wymaga, by śmiać się od świtu do nocy, a jedynie tego, by nie pozwalać sobie na długotrwałe nurzanie się w takich wibracjach, które nam szkodzą. A już z całą pewnością nieuczciwością wobec siebie byłoby udawanie czegokolwiek. Kiedy spotyka nas jakiś mniejszy czy większy dramat, to absurdalne byłoby nadrabianie miną, kiedy w środku wszystko skowyczy z bólu. Mamy w Prospericie swoje sprawdzone metody na to, by sobie pomóc wtedy, kiedy jest szczególnie ciężko. Nie robimy tego szczerząc zęby, jakby nigdy nic. Polecam jako przykład wykłady „Na życiowym zakręcie”. Tłumaczę tam, jak sobie radzić w kryzysie.
Inny obraz kompletnego nierozumienia pozytywnego myślenia to zasada: wszystko masz w sobie i założenie, że to namawianie do alienacji od innych, bo ich nie potrzebujemy. Przyznaję, że nigdy by mi do głowy nie przyszło, że można tak to zrozumieć. Jest to zasada dotycząca zasobów w sensie psychologicznym. Możemy rozwinąć w sobie mnóstwo rozmaitych zdolności i przyciągnąć do siebie realizację wielu marzeń. Inaczej mówiąc: mamy ogromny potencjał w sobie i zanim zrezygnujemy z czegoś, sprawdźmy, bo najczęściej to jest do zrobienia. Do pewnych rzeczy możemy nie mieć talentu, ale do wielu innych wystarczy cierpliwe staranie i wiara w siebie. Ta zasada nie ma nic wspólnego z samotnością. Człowiek to istota społeczna. Realizujemy się przeglądając się w oczach innych ludzi. Nawet osoby całkowicie niezależne – co jest wielką zaletą – cieszą się przyjaźnią, miłością, związkiem i rodziną. Bycie niezależnym nie oznaczało nigdy bycia samotnym.
Kolejna nieoczywista i nierozumiana zasada to: nie oceniaj. Jest ona bardziej duchowa, ale tak czy owak wcale nie dotyczy ewaluacji jako takiej. Oceniamy i określamy rzeczy każdego dnia. Nawet tak prozaiczna sprawa, jak to, czy jedzenie jest świeże, czy nam smakuje. Czy woda nie jest zbyt gorąca na kąpiel, a herbata zbyt zimna do picia. Każde określanie można nazwać ocenianiem. Tymczasem nie o to chodzi w rozwoju osobistym, lecz o krytykowanie. Szczególnie chodzi tutaj o narzekanie. Czasem zamiast powiedzieć neutralnie „pada deszcz”, mówimy: „jaka brzydła pogoda”. Po co? Czasem zamiast obojętnie określić: „to zachowanie było nieetyczne”, pogardliwie mówimy: „jaki wstrętny gość i jaki cham”. Różnice subtelne, ale zawsze słucha nas ktoś bardzo ważny: nasza podświadomość. Właśnie dlatego powinniśmy ważyć słowa, aby nie wprowadzać negatywnych programów. Deszcz po prostu czasem pada. To nic złego. Ale brzydka pogoda – jeśli będzie często powtarzana – tworzy program brzydoty świata. Źli ludzie wokół nas to też pewien program – absolutnie niepotrzebny. Nie zasilamy go.
I wreszcie wraca po raz setny temat lustra oraz zasada: jeśli ktoś nas drażni, mamy to w sobie. Choćby nie wiem, ilu mędrków perorowało o tym, nie zmienią oni świata. Tak jak osoby, które nie znają zasad fizyki, nie zmienią prawa grawitacji. Zamiast zaprzeczać – lepiej zrozumieć. Ludzie, których spotykamy na swojej drodze są energetycznie przyciągani przez pewne rodzaje wibracji w naszym polu energetycznym. Jeśli stłumię złość, żeby nie podnosić głosu na szefa, to ta energia może postawić przede mną kogoś, kto tę złość wysypie na mnie czy obok mnie. Dziwimy się wtedy, bo przecież nic tej osobie nie zrobiliśmy złego, a ona uderza w nas gniewem, ale ona tylko reaguje na to, co mamy schowane w energetyce.
Jeśli zatem spotykam człowieka, który mnie drażni i mam ochotę go skopać, to znaczy, że mam w swoim polu energetycznym jakiś zapis, który z tym harmonizuje. Na przykład wkurza mnie kolega, który się spóźnia. A przecież nie muszę na to reagować, to się zwyczajnie zdarza. Jednak dostaję piany. Dlaczego? Bo być może ktoś kiedyś zrobił mi awanturę o spóźnienie. A może w dzieciństwie byłam karana przez ojca lub nauczyciela za każdą pracę oddaną po czasie. Podobnie, kiedy ktoś zaczyna na mnie krzyczeć, chociaż nic mu złego nie zrobiłam – mam w sobie jakiś program. Warto się temu przyjrzeć. Zawsze. To tak działa.
Niektórzy próbują temu zaprzeczyć i argumentują, że to nasza samoobrona, bo ktoś narusza na przykład nasze granice. Ale rzecz polega na tym, że te granice są naruszane tylko wtedy, kiedy mam w sobie jakiś negatywny zapis. Natomiast jeśli mam wysokie poczucie wartości, kocham siebie i mam uzdrowione programy, to nikt mnie nie atakuje i nie narusza mojej przestrzeni. Zatem – oczywiście, to może być zachęta do asertywności i działania w obronie tych granic. Jasne. Ale nie wyklucza to zasady, że cała ta sytuacja jest odpowiedzią na to, co siedzi w moim polu energetycznym. Rozumienie swoich programów nie wyklucza obrony przed wykorzystaniem. I odwrotnie: potrzeba przeciwstawienia się złu nie oznacza, że to zło dotyka nas przypadkiem.
Rozumienie energetyki pokazuje, że przypadki nie istnieją. Wszystko dzieje się jako efekt zawartości pola energetycznego. To mogą być rzeczy trudne albo przyjemne. Cuda też nie są przypadkami. Miłość, przyjaźń, rozkosz, przyjemność też nam pokazują, ile mamy w sobie piękna. To wszystko wibracyjne przyciąganie. Tylko nad dobrymi rzeczami nikt się nie zastanawia, a do tych przykrych dorabia się coraz to inne pokrętne filozofie. Po co? Zasada lustra jest prosta, uczciwa i adekwatna, a jej rozumienie i mądre stosowanie prostuje nam ścieżki i sprawia, że życie staje się coraz lepsze.







