Ostatnio wiele szumu zrobiło się wokół tematu darmowych lodów dla dzieci, które otrzymały świadectwo z czerwonym paskiem. Przyznam szczerze, że nie chciałam się włączać w tą trudną dyskusję, bo każdy ma swój punkt widzenia, a sprawa nie warta tej przysłowiowej kulki lodów. Jednak z punktu widzenia prosperującej świadomości likwidacja nagród – w tym takich jak darmowe lody – jest poważnym błędem, który szkodzi zdrowemu rozwojowi dziecka. W moim subiektywnym odbiorze nie ma tutaj żadnej dyskryminacji. Jest błąd w rozumowaniu. A najbardziej pokrzywdzona jest lodziarnia, która kierowała się ze wszech miar słusznym pomysłem, a została całkiem niesłusznie oskarżona o nękanie tych dzieciaków, które otrzymały gorsze oceny. No cóż, nie zgadzam się z opinią Rzecznika Praw Dziecka. W nagradzaniu dobrych wyników w nauce nie ma żadnej dyskryminacji.
Zacznę od historii, nawet jeśli będzie trochę nudno z tego powodu. Jestem starszą panią, która chodziła do normalnej szkoły. W mojej szkole zawsze nagradzano za dobre wyniki w nauce. Nie było jeszcze czerwonych pasków na świadectwach, ale były nagrody książkowe. Najlepsi uczniowie na koniec roku dostawali takie nagrody, a ci ze słabszymi ocenami tylko samo świadectwo. To jest i było w porządku. Nikt nie protestował i nie histeryzował, że nagradzanie najlepszych uczniów jest dyskryminacją tych ze słabszymi ocenami. Różnica polega na tym, że w tych zamierzchłych czasach nikt nie rozpływał się nad tym, że ktoś ma dysleksję albo jakieś gorsze warunki do nauki. Chodziłam do klasy z dziećmi, które do szkoły szły z gór po 5 kilometrów. I z takimi, które miały tylko jedną parę butów na cały rok. Wśród tych dzieci też byli doskonali uczniowie. Bo chcieli. Nie tłumaczyli się biedą, ani tym, że muszą paść krowy i pomagać w polu, kiedy inni wygodnie odrabiają zadania.
W dorosłym życiu jest przecież podobnie – nie wszyscy mamy takie same szanse. Jeśli tym, którzy są w czymś lepsi nie należy się wyróżnienie, to proszę zrównać wszystkie płace. Dlaczego prezes spółki dostaje wyższe wynagrodzeni niż woźny? Przecież to dyskryminacja! Dlaczego dyrektor ma większą pensje i premię niż kierowca w tej samej firmie? To też dyskryminacja. Dlaczego niektórzy moi znajomi zarabiają więcej niż ja? To przecież dyskryminacja. Dlaczego koleżanka na FB dostała więcej lajków niż ja? To też dyskryminacja. Absurdalne? Ale tak wygląda życie. Różnimy się i jedni mają czegoś więcej, są częściej chwaleni, a inni żyją skromniej, są mniej popularni i zajmują się czymś zupełnie innym.
W praktyce to wcale nie oznacza, że dziecko ze słabszymi ocenami jest gorsze od tego z lepszymi. Siedziałam w jednej ławce z bardzo utalentowaną plastycznie dziewczynką, która zgarniała często nagrody na swoje prace. Świadectwo miała dobre, ale nie na tyle, by za całość wyników dostać nagrodę. Kolega z równie przeciętnym świadectwem dostawał nagrody sportowe, bo był świetny w niektórych dyscyplinach. Inny mój klasowy kolega jest obecnie na liście najbogatszych Polaków, a nigdy nie dostawał nagród za świadectwo, ponieważ był doskonały w przedmiotach ścisłych, a w humanistycznych zwyczajnie tylko dobry.
Jeśli Rzecznik Praw Dziecka miałby rację, to dotyczy to wszystkich ludzi, również dorosłych. Przecież dzieci muszą nauczyć się, jak być dorosłymi. Po to chodzą do szkoły, by żyć w świecie, który nie jest jednorodny ani sprawiedliwy i w którym nic nie ma po równo. Należy dzieci do tego przyzwyczajać i wskazywać, że różnimy się od siebie. Ten, kto ma słabsze oceny, musi być świadomy tego, że dysponuje wieloma innymi zaletami, które pomogą mu w życiu odnaleźć szczęście, spełnienie, a nierzadko bogactwo. Statystyki wskazują, że najlepiej radzą sobie w życiu właśnie ci, którzy nie mieli świadectwa z czerwonym paskiem. Trzeba umieć określać własne zasoby, bo tylko wtedy możemy osiągnąć sukces.
Widzę tu zatem trzy poważne błędy wychowawcze. Po pierwsze odbieranie motywacji do pracy. Po co się starać, skoro za wyniki nie należą się żadne nagrody? Bo ktoś odgórnie uznał, że nagradzanie jest dyskryminacją tych, którzy na nagrodę nie zasługują. Nie jest prawdą, że doskonałe oceny to wynik wyłącznie zdolności, a dzieci mniej zdolne nie mają na to szans. Byłam zdolna. Zbierałam nagrody. Ale kiedy się zakochałam, zaniedbałam naukę i moje oceny poleciały na pysk w dół. Bez wysiłku nic nie ma. Widziałam też wyraźnie, że niektóre moje koleżanki nie dorównywały mi inteligencją, ale miały same piątki, bo były pracowite. U mnie z tym było różnie i czasem byłam gorzej oceniana, jeśli się nie przyłożyłam do nauki. Jeśli przestaniemy motywować dzieci do nauki, to w dorosłym życiu nie będziemy w stanie nikogo zmotywować do pracy. Wejdzie zasada – „czy się stoi czy się leży, pensyjka się należy”.
Drugi poważny błąd to zakotwiczanie w dzieciach ze słabszymi ocenami programu, że należy im się ochrona, bo są słabe. To uczy bezradności i przekonania o bezwartościowości. Mówi się, że trudne czasy tworzą mądrych i silnych ludzi, a dobre czasy tworzą słabych ludzi. Ewidentnie z takim podejściem tworzymy słabe, leniwe pokolenie, które wszystkiego będzie się domagać. A może od razu po maturze przejdzie na rentę, bo przecież ma ADHD albo dysleksję? Po co się wysilać. Lepiej pokrzyczeć, że nas dyskryminują, kiedy żądają stawiania się w pracy i wykonywania obowiązków.
Wbrew wielu argumentom, które czytam w tej dyskusji o nagradzaniu lodami, to właśnie stawanie w obronie tych, którzy mają gorsze świadectwa, tworzy takie niekorzystne zapisy u dzieci. Kiedy słyszą, że toczy się walka o to, by nie traktować ich jak „gorszych”, to przecież kodują w sobie przekonanie: „aha, to ja jestem gorszy i rodzice muszą protestować i bronić mnie”. Przecież to logiczne, że dzieci w szkołach od zawsze różniły się ocenami. Nigdy nie było to dla nich wielkim problemem. Jedne się bardziej starały, drugie miały inne zainteresowania i na zasadzie: „byle do wakacji” cieszyły się innymi aspektami życia. Teraz to się zmienia.
Nagle dziecko – które w istocie jest fajne, normalne i ma przed sobą świetną przyszłość – staje się ułomną „świętą krową”, której nie wolno powiedzieć, że nie dostanie nagrody, bo ma oceny takie, jakie ma. Zwraca się uwagę na coś, czego to dziecko samo by nie wyolbrzymiało, bo nie warto. Jeśli to w jakiś sposób przyswoi, to zacznie traktować siebie, jak kogoś naprawdę niezdolnego do życia i odnoszenia sukcesów. Ochrona dziecka przed tym, aby nie czuło się gorsze od kolegi z lepszymi ocenami należy do rodziców. Nie do rzecznika. To rodzice mają za zadanie wytłumaczyć dziecku, że jest doskonałe takie, jakie jest, że jest kochane takie jakie jest, a oceny na świadectwie nie przekreślają jego przyszłości. To tylko oceny.
Trzeci błąd to brak zrozumienia, że szkoła to nie wszystko. Każde dziecko ma w sobie jakieś talenty. Często nauczyciele, którzy mają w klasie 30 uczniów, nie są w stanie wystarczająco dobrze rozpoznać i zmotywować dziecka do rozwijania unikalnych zdolności. To zadanie rodziców albo pedagogów. Ale też ważne, by pamiętać, że nagroda za czerwony pasek to tylko jedna z wielu dostępnych w życiu nagród. Można dostać trofeum za inne rzeczy: za zdolności sportowe, plastyczne, muzyczne, organizacyjne, teatralne. A w życiu można stać się bardzo bogatą i spełnioną osobą, chociaż nigdy nie miało się czerwonego paska. Traktowanie jednego rodzaju nagrody jako czegoś dyskryminującego jest stawianiem świata na głowie w absurdalny sposób i zamykaniem świadomości na tysiące innych możliwości osiągnięcia sukcesu. Jeśli nie dostanę lodów za świadectwo, to pójdę szukać miejsca, gdzie za inne rzeczy coś wygram. Jeśli zlikwiduje się taką nagrodę, to nie będę niczego szukać. Usiądę wygodnie na pupie, niech świat mnie zabawia. Po co się wysilać?







