Wspominałam wielokrotnie o tym, że kiedy słyszę o „stawaniu w prawdzie”, to czuję dreszcz obrzydzenia. Nie dlatego, że popieram kłamstwo. I nie dlatego, że zgrzyta mi ta forma w polskim języku. Głównie dlatego, że widzę w tym pokrętną manipulację i podwójne zakłamanie ubrane w modne hasełko. Moim zdaniem bardziej uczciwe i ładniejsze stylistycznie jest proste: „bądź ze sobą szczery” lub „staram się być w zgodzie ze sobą”. Tu nie ma oszukiwania. Tu jest próba subiektywnej uczciwości, opartej na indywidualnym postrzeganiu świata i własnym kompasie moralnym.
Tymczasem „stawanie w prawdzie” zakłada obiektywizm i odnalezienie jedynie słusznej zasady, co z założenia jest niemożliwe. Prawda jest – cóż… każdy ma swoją i zależy ona zdecydowanie od punktu widzenia lub siedzenia. Podobnie jak uczciwość – nie istnieje przecież obiektywna uczciwość. Gdyby istniała, życie byłoby proste i bezkonfliktowe. Rzecz jasna są jednoznaczne sytuacje – takie jak kradzież, napad, agresywny atak czy kwestie dotyczące dobrowolnej wyceny i zapłaty. Ale o wiele częściej spotykamy sprawy bardziej skomplikowane, w których wyraźnie widać, że zarówno prawda jak i uczciwość są pojęciami iluzorycznymi. Podam najprostszy przykład.
Dwie córki. Jedna dostaje od rodziców mieszkanie po babci – mniejsze, ale wtedy, kiedy nie ma dachu nad głową dla swojej rodziny. Druga – dopiero po 15 latach, po śmierci rodziców dziedziczy ich duże, słoneczne mieszkanie. Pierwsza krzyczy: „to nieuczciwe, dostałaś ładniejsze”. Druga się broni: „Ale dostałam dużo później”. Nie da się w życiu tak wszystkiego pokroić, żeby zawsze było po równo. Ale niezależnie od tego postrzeganie uczciwości jest bardzo subiektywne. Czasem spotykam się nawet z takim argumentem: „należy mi się więcej, bo mam troje dzieci, a ty jesteś bezdzietny”. Gdzie jest prawda? Gdzie racja? A gdzie uczciwość nierozerwalnie z ową prawdą połączona? Czy „po równo” jest uczciwie? Czy powinno być „według potrzeb”?
„Stawanie w prawdzie” najczęściej jest wykorzystywane do manipulacji drugim człowiekiem przez domorosłych coachów i terapeutów. „Stań w prawdzie” oznacza zwykle: „mów to, co ja chcę usłyszeć, kajaj się, uznaj nieomylność mojej diagnozy”. To wymuszanie poprzez założenie, że prawda jest taka „prosta i oczywista”. Uczciwy pracownik pomocy psychologicznej zachęca lekko: „bądź ze sobą szczery, powiedz, co czujesz. Co TY czujesz. Co TY myślisz”. To pozwala na uczciwą analizę różnych ścieżek wypierania i racjonalizacji. Pokazuje też, że nie ma osób nieomylnych. Pokazuje naszą różnorodność. Bo to co dla jednego złe, dla drugiego może być właściwe. I odwrotnie.
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden ciekawy wątek. Zauważyłam, że osoby, które nadużywają owego „stawania w prawdzie”, często cierpią na charakterystyczną apodyktyczność. Polega to na tym, że to one ustalają, co jest prawdą. Bezkrytycznie. Widzę w tym ogromną potrzebę kontroli. Tymczasem prawda wymaga elastyczności i szczerości. Wymaga też wysokiego poczucia wartości, które bez obawy przyznaje się do błędu, bo wie, że nie ma ludzi nieomylnych. Wszechświat jest inspirujący i fascynujący. Wymaga od nas wnikliwości, ciekawości i radosnego sprawdzania, co jest czym i dlaczego. Zachęca do własnych poszukiwań i żaden konserwatysta z klapkami na oczach nie zda życiowego egzaminu. Uczymy się do końca naszego istnienia.
I kolejny przykład manifestowania prawdy, a w rzeczywistości iluzji o tym, czym jest. Od dawna mam taką umiejętność, że patrząc na zdjęcie człowieka widzę silne energie, które są w jego polu. U przeciętnego człowieka to nic nadzwyczajnego, bo każdy nosi w sobie mieszankę uczuć, poglądów i emocji. Ale bywa i tak, że mignie mi zdjęcie jakiejś znanej osoby i widzę tam bardzo rozpoznawalną dla mnie demoniczną, negatywną energię. Od lat pracuję z Aniołami, widzę je i czuję. Oczywistością jest, że muszę widzieć też drugi biegun. Nie da się inaczej. Nie badam takich zjawisk, ale czasem same wchodzą mi w oczy. To kawałek życia na tej planecie.
Któregoś dnia zobaczyłam to u pewnego popularnego polityka, którym zachwycał się ezoteryczny światek. Przyjrzałam się temu, zweryfikowałam z innymi wrażliwymi na energię i zostawiłam. Nie zajmuję się polityką i nie tracę czasu na bieganie po sieci, by przekonywać ludzi, że modlą się „do diabła”. Każdy ma prawo do własnych poglądów. Ale któregoś dnia nie ugryzłam się w język i skomentowałam jakiś post, powołując się na też na innych mentorów. Mój komentarz został szybko usunięty. Nikt nie zapytał: „dlaczego tak go widzisz? Jakie masz dowody?”. Tak wygląda „prawda” tych, którzy najgłośniej i najczęściej chcą w niej stawać. Być może to nieładne pojęcie „stawania” wiąże się w opcją deptania po prawdzie?
Oczywiście – można wierzyć w coś innego, ale obrońcy prawdy powinni chociaż z założenia badać dowody, aby nie być oszukiwanymi. Z czystej ciekawości wrzuciłam jeszcze kilka informacji tu i tam – spokojna o to, że to, co przekazuję zostało wielokrotnie zweryfikowane przez mądrych nauczycieli duchowych. Wszędzie efekt ten sam – kasowanie informacji. Skoro prawda nie zgadza się z tym, w co wierzyli, odrzucali ją bez sprawdzenia. I już nie było kwestii stawania w prawdzie. Świat jest pełen ludzi, którzy wiedzą najlepiej i nie pozwolą sobie na to, by ktoś pokazał im, że w jakimś aspekcie się mylą.
Należy się jeszcze wyjaśnienie, że opowiadam historie sprzed wielu lat. Czas także zweryfikował mój odbiór tej osoby, która zamanifestowała wiele zła w politycznym światku. I rzecz nie w tym, że ktoś jest tak mocno przywiązany do swoich politycznych wyborów, że nie ustąpi, choćby jego wybranek osobiście ściął mu głowę. Rzecz w uczciwości. Bo człowiek, który głosi, że rozwija się duchowo i namawia innych do stawania w prawdzie, nie powinien zamykać oczu na złe czyny znanej osoby czy też na jej paskudne wypowiedzi. Nie mówię o oskarżeniach, ale o faktach widocznych gołym okiem. Nie trzeba być psychologiem, by widzieć arogancję, bezczelność, pogardę wobec innych. Czy tak postępuje porządny człowiek?
Osobnym tematem jest prawo do własnego zdania. Można kogoś lubić, nawet jeśli ten ktoś popełnia błędy. Można głosować na polityka, który jest podłym człowiekiem, ale dobrym ekonomistą czy strategiem. Ludzie są wielowątkowi. Jednak to, co powinno interesować „stających w prawdzie”, to zwykła uczciwość i uznanie, że ktoś nie jest idealny, ale nadrabia jakąś inną cechą. Zaprzeczanie oczywistym faktom to hipokryzja. Bo można powiedzieć otwarcie: „to mój subiektywny ogląd sytuacji i mam do niej prawo”. Ale prywatna sympatia nie staje się automatycznie prawdą. I wracam na koniec do mądrości naszych babć: „prawda jest jak dupa, każdy ma swoją”. Jak zatem w niej stawać?







