Cudza złość

Kiedy powtarzam, że każdy człowiek jest w swojej istocie dobry, spotykam się z oporem i wysłuchuję setki historii o ludziach bezinteresownie złych, złośliwych, zawistnych. Słucham pełnych żalu opowieści o ludzkiej podłości, dla której trudno znaleźć nawet delikatniejszą nazwę. Z jednej strony to wszystko ma miejsce. Widać to wszędzie gdziekolwiek się obrócimy. Z drugiej – wszystko znajduje swoje uzasadnienie w człowieku, który sam sobie ze sobą nie radzi i najczęściej nie kocha siebie. Złość bierze się z cierpienia. Nie musimy tego znosić, ale możemy rozumieć. Ja też doświadczyłam wrogości od osób, którym nigdy nie powiedziałam nic złego, a o złym działaniu nawet nie pomyślałam. Uznały mnie za złego człowieka, bo tak chciały, bo to podnosiło im samoocenę, a adrenalina wzmacniała w nich chęć życia. Jedną z takich historii chcę Wam opowiedzieć po to, by pokazać, jak to działa i dlaczego tak się dzieje.

Miałam znajomą, którą często u mnie bywała. Ponieważ uskarżała się na finansowe kłopoty, karmiłam ją, rozpieszczałam przysmakami, podawałam kawkę do łóżka i gościłam pod swoim dachem po 2-3 tygodnie. Nierzadko kupowałam też bilety na powrotny pociąg do domu, który miała w innym mieście. Myślę, że w tamtym czasie byłyśmy sobie bliskie. Wszystko było dobrze między nami do pewnego pamiętnego dnia, kiedy akurat miałam niespodziewanych gości, którzy radośnie nadużywali z moim mężem trunków wyskokowych i roznosili dom na drobne kawałki.

W tym hałasie, kiedy nie wiedziałam, co łapać, a co podtrzymywać, zadzwonił telefon. Dzwonił znajomy, który mieszkał niedaleko nas i zapytał, co u mnie słychać, bo chętnie wpadłby do nas na zupę pomidorową. „Nie dzisiaj”, odpowiedziałam, „mam urwanie głowy”. Zaproponowałam mu odwiedziny za parę dni, porozmawialiśmy chwilę i odłożyłam słuchawkę. Kiedy zgodnie z obietnicą zadzwoniłam do kolegi za kilka dni, dowiedziałam się, że była u niego ta właśnie moja znajoma, Zdecydowała, by zrobić niespodziankę ze swojego przyjazdu do Wrocławia, a wproszenie się na „zupę pomidorową” miało być hasłem, które ja powinnam rozpoznać. Nie rozpoznałam i od tamtej pory stałam się jej najgorszym wrogiem.

Nie pomogły przeprosiny i tłumaczenie, że gdybym wiedziała, że to ona stoi obok dzwoniącego do mnie kolegi, to chętnie bym ją zaprosiła. Odsądzono mnie od czci i wiary, wyzwano, zarzucono, że „skopałam ją obutym butem”, kiedy ona biedactwo przybyła do mnie w odwiedziny… Powędrowano w przeszłość i wyśmiano wiele moich słów, rozmaite zachowania i decyzje sprzed wielu lat. Nie darowano mi niczego, żadnego słowa, żadnego żartu, żadnego gestu. Zrobiono ze mnie potwora. Przypomnę uważnemu czytelnikowi – moją jedyną winą był fakt, że nie rozpoznałam hasła „zupa pomidorowa”. Jakoś bezczelnie pomyślałam, że to ów kolega rzeczywiście ma ochotę na moją zupę, którą nie raz u mnie jadał.

Zostałam zatem najgorszym wrogiem owej kobiety. Ale któregoś dnia ktoś inny powiedział do mnie: „daj sobie spokój, ona po prostu chce ciebie nienawidzić, nie ma sensu jej przepraszać, nic to nie da”. Te słowa były dla mnie bardzo ważne, otworzyły mi oczy. Dzięki nim otrząsnęłam się z żalu i bezowocnych prób pojednania. Zrozumiałam, że cudza nienawiść nie ma nic wspólnego z naszym postępowaniem. To, że ktoś się na nas wścieka, nie oznacza, że jesteśmy czemuś winni. Złość jest zawsze nieuświadomioną potrzebą tamtej osoby. To tamta osoba decyduje, że w danej sytuacji wejdzie w uczucie nienawiści. Mogłaby nadal nas lubić, mogłaby nadal rozumieć, jeśli tylko by zechciała. Nasze słowa albo czyny to tylko zawór spustowy uwalniający nagromadzoną w człowieku paskudną energię.

To bardzo ważne, by to sobie uświadomić, bo zwykle reagujemy nawykowo szukaniem w sobie winy i przepraszaniem. To było dwadzieścia parę lat temu. Nie umiałam wtedy być asertywna, a moja życzliwa ludziom natura stawała na rzęskach, by każdemu dogodzić. Nie mogłam spać z myślą, że tej osobie jest przykro. Tymczasem jej wcale przykro nie było. Ta kobieta nie chciała ani mojej gościny, ani moich przeprosin, ani mojej przyjaźni. Chciała odczuwać wściekłość na mnie i wykrzykiwać o mnie różne złe rzeczy. Ona chciała tarzać się w złości i dokładnie to robiła. To był jej wybór. Dawałam jej inne możliwości, ale nie była zainteresowana. Opisuję Wam tę starą historię, abyście zawsze pamiętali o sobie i siebie stawiali na pierwszym miejscu. Kiedy druga osoba odmawia pojednania i nakręca się w złości – pozwólcie jej na tę złość. Niech się nią dławi do woli. I pozwólcie jej odejść. Najlepiej jak najdalej od Was. Nic tej osobie nie jesteście winni.

Nierzadko cierpimy, kiedy ktoś lubiany odwraca się od nas, chociaż nic złego nie zrobiliśmy. Często nawet przepraszamy, chociaż nie mamy za co. Tak jak ja. Dlaczego? Bo nawykowo uznałam, że skoro ktoś ma pretensję do mnie, to ja jestem winna. Nie byłam. Uważam też, że rzadko kiedy jesteśmy winni. Ludzie nas oskarżają o różne rzeczy, bo mają potrzebę dać wyraz negatywnym uczuciom do nas: zawiści lub nienawiści. Atak innej osoby na nas nie oznacza naszej winy, tylko dokładnie to, czym jest: uwolnieniem złości i potrzebą poniżenia nas. Najczęściej po to, by samemu siebie dowartościować. Bo tak działają wyłącznie osoby o niskiej samoocenie. Człowiek, który kocha siebie, słucha wyjaśnień drugiej osoby, zanim ją potępi.

To mnie często zdumiewało, że jesteśmy z kimś pozornie tak blisko, okazujemy szczerze serce i sympatię, a w tej drugiej osobie rośnie złość i zawiść. Dzisiaj wiem, że czasem wynika to z braku równowagi pomiędzy dawaniem i braniem. Pisałam o tym wielokrotnie: równowaga między dawaniem a braniem jest w przyjaźni bardzo ważna. Kiedy dajemy za dużo, przyjmująca osoba zaczyna czuć się przy nas źle, ma poczucie winy, że się nie odwdzięcza. W pewnym momencie ten psychiczny dyskomfort przeradza się w agresję i nienawiść. Potem wystarczy tylko prosty zapalnik. Cokolwiek. Mogłam tej kobiecie podać za gorącą kawę albo nie w tym kubku, który lubi i zrobiłaby awanturę. Jestem pewna, że niektórzy z Was doświadczyli podobnych sytuacji. Byle drobiazg i serdeczny dotąd przyjaciel pluje na nas jadem jak żmija.

Za każdym razem, kiedy doświadczamy ataku ze strony osoby, której dawaliśmy wyłącznie dobro, przyjrzyjmy się tym dwóm tematom. Po pierwsze – to często sygnał, by podnieść poczucie własnej wartości i nauczyć się być asertywnym. Po drugie – sprawdźmy, czy równoważyliśmy dawanie z braniem. Kiedy kogoś mocno wspieramy, trzeba od niego również dużo brać – pomocy, uwagi, wiedzy, informacji. Wymiana energetyczna jest bardzo ważna. Człowiek, który jest bezsilnym biorcą, traci poczucie wartości i zaczyna źle się czuć obok hojnego dawcy. Czuje się żebrakiem. To rodzi agresję i niechęć do dawcy.

Podsumowując – jednym z ważnych elementów wewnętrznego wzrastania, a w tym także miłości do siebie – jest wychodzenie poza cudze dąsy i fochy. To zrozumienie, że żyjemy tutaj dla siebie. Odpowiadamy za własne czyny, a nie cudze interpretacje. Jeśli kogoś obdarzamy przyjaźnią i wsparciem, a ten ktoś woli się obrazić, zionąć nienawiścią i nas opluwać, to jego suwerenny wybór. To on traci, nie my – tak jak moja znajoma, która już nigdy do mnie nie przyjechała, nie była rozpieszczana, goszczona i wspierana finansowo. A co ja straciłam? Tylko fałszywą, pełną złości osobę.

Nie warto wchodzić niepotrzebnie w poczucie winy i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: „co zrobiłam nie tak?” Myślę, że wielu z nas osiągnęło mistrzostwo w obwinianiu siebie. Jeśli ktoś nas lży, to zawsze z tyłu głowy mamy gotowego krytyka, który zaczyna wyliczać wszystkie nasze grzechy. Tymczasem nienawiść, agresja czy plucie jadem są jakością wyłącznie tej osoby, która to robi. To jej problem, jej choroba i jej lekcje do uzdrowienia. Naszym zadaniem jest umieć wyjść ponad to. Zobaczyć swoją boskość, swoją niewinność, swoją uczciwość w takim układzie i spokojnie zakończyć taką relację.

Tylko Światłem można rozświetlić ciemność. Kiedy pozwolimy się wciągnąć w poczucie winy i szukamy sposobu na przepraszanie, kiedy kajamy się bez końca, to pozwalamy zabrać sobie dobrą energię. Jesteśmy jak marionetka w rękach manipulanta, który chce nam zadać ból. Pozwalamy, by czyjeś niskie energie zawładnęły nami i wpędziły nas w poczucie winy. Nie warto. Warto natomiast otulić siebie miłością i wzmocnić w sobie poczucie boskości i niewinności. Uświadomić sobie, że cudze durnowate i podłe oskarżenia nie są naszym problemem. To nie nasza energia, nie przyjmujemy jej pod żadnym pozorem. Właśnie dlatego – im więcej złości w kimś, tym więcej miejmy miłości (do siebie) i zrozumienia (dla tej osoby). To nasze Światło.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 616
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu