Absurdalne rozstania

Dzisiaj temat tyleż zabawny co absurdalny, ale chyba warto sobie o tym też przypomnieć. Rzecz w poświęceniu dla kochanej osoby, które wbrew nazwie nie jest niczym dobrym. Nie mówię tu o oddaniu za kogoś życia czy odstąpieniu własnej nerki. Pewne rzeczy są jednoznaczne i nie budzą wątpliwości. Ale poza tym każde poświęcanie się bez zgody i wiedzy zainteresowanej osoby jest bezprawną kradzieżą energii. Pisałam już o tym i tłumaczyłam dlaczego. Dzisiaj o tym zjawisku w związku miłosnym.

Inspiracja przyszła z serialu, który jak każda lekka produkcja rządzi się własnymi prawami i daleki jest od logiki. Niedawno oglądałam „jednym okiem” azjatyckiego historycznego tasiemca. Podoba mi się ta egzotyka barwnych strojów, rozbawiają intrygi na królewskich dworach, zachwycają eteryczne księżniczki. Zawsze lubiłam baśnie, więc ten gatunek traktuję zwykle jak bajkę, w której na końcu zwycięża dobro. Nie oczekuję wzniosłych przemyśleń czy inteligentnych rozwiązań, tylko odprężam się po pracy i odrywam od rzeczywistości. Baśnie są równie dobre jak kino science fiction. To w gruncie rzeczy też fantazja.

We wspomnianej baśni mamy piękną, bardzo kochającą się parę. Zbiegiem okoliczności główna bohaterka gubi w lesie charakterystyczną spinkę do włosów, tuż przy szczątkach osoby zjedzonej przez dzikie zwierzęta. Potem traci przytomność i przez kilkanaście dni opiekują się nią jacyś ludzie. W tym czasie jej przyjaciele i mąż odnajdują owe szczątki i spinkę, a w następstwie nieporozumienia opłakują jej śmierć i wyprawiają pogrzeb. Kiedy kobieta wraca do zdrowia i do domu przyjaciół, w którym akurat mąż jest nieobecny, decyduje, by nie mówić mężowi, że przeżyła. Decyduje by dać mu wolność „dla jego dobra”.

Przyznaję szczęka w szoku opada. Nie do pomyślenia, by w realnym życiu zgodzić się na coś takiego i torturować żałobą kogoś, kogo podobno się kocha. Nie ma większego cierpienia niż żałoba. Oczywiście absurd ten służy scenariuszowi pokrętnego serialu, ponieważ przez wiele kolejnych odcinków główni bohaterowie mijają się dosłownie o metry, a widz gryzie palce z niecierpliwości, kiedy wreszcie obolały z żałoby małżonek odkryje, że jego żona wcale nie zginęła. Zostawmy w spokoju potrzeby scenariusza.

Piszę o tym dlatego, że wielokrotnie spotykałam się w praktyce z sytuacją, w której ktoś podejmował samodzielnie decyzję „dla dobra” innej osoby. Bez pytania, czy ta osoba rzeczywiście tego chce. Zastanawiam się jakim prawem chcemy decydować o tym, co uszczęśliwi kogoś innego? Jakim prawem uważamy, że wiemy wszystko? Jakim prawem układamy innym ludziom życie? Moim zdaniem za takim działaniem może stać bardzo niskie poczucie wartości i potrzeba wykazania się czymś niezwykłym, co w naszej chorej iluzji postawi nas na piedestale.

Wyobraźmy sobie przez chwilę, że mój kochający mnie mąż awansuje na bardzo odpowiedzialne stanowisko polityczne. Naturalną rzeczą jest, że będzie miał mniej czasu na życie rodzinne, ale też ta rodzina, a więc i ja, kochająca małżonka, możemy doświadczyć ataków ze strony opozycji. To nie będzie łatwe życie. Gdybym jednak wymyśliła sobie sekretne odejście od męża jako pełne poświęcenia rozwiązanie, byłaby to ucieczka rujnująca wszystko. To bardzo oczywiste.

Po pierwsze – miłość nas wzmacnia. Najtrudniejsze życiowe wyzwania lżej nam przejść, kiedy mamy u boku kogoś, kogo kochamy z wzajemnością. Ludzie po to łączą się w pary, by razem dźwigać ciężary życia, jeśli takie się pojawiają. Samowolne dawanie wolności komuś, kogo kochamy z wzajemnością, to przejaw zarówno okrucieństwa wobec tej osoby jak i masochizmu wobec siebie. Nie ma na to wytłumaczenia. Zdarza się czasem, że kochamy kogoś toksycznego i rozstanie jest działaniem dla własnego dobra, ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj o dwojgu normalnych kochających się ludzi. W takiej relacji rozstanie zwykle nie jest dobrym rozwiązaniem.

Po drugie – jestem przeciwna podejmowaniu decyzji za kogoś bez jego wiedzy. Bywają trudne związki. Mogę sobie wyobrazić, że czasem człowiek staje przed wyborem: inwestować energię w tę miłość czy odejść? Zawsze należy to przedyskutować we dwoje. Być może wspólnie podejmiemy decyzję o rozstaniu, pomimo tego, że mamy dla siebie ciepłe uczucia. Chociaż miłość potrafi wiele znieść, mamy też prawo do szczęścia. Mamy też prawo dać wolność drugiej osobie, kiedy wiemy, że tego szczęścia dać jej nie możemy, np. z powodu trwałego kalectwa. Ale decyzja musi być wspólna. Bo związek to nie „ja i ty”, ale „my”.

Nawiasem mówiąc kino i literatura są pełne takich historii, w których ktoś decyduje, że nie jest wystarczająco dobry dla ukochanej/ukochanego i odchodzi, nie pozwalając drugiej stronie zabrać głosu. Zwykle obawia się litości i nie chcąc być jej obiektem ucieka ze związku, rezygnuje z uczuć, by obdarować kochaną osobę wolnością. Ale gdzie tu wolność, skoro nie możemy nawet zdecydować o tym, z kim chcemy iść przez życie? Dlaczego nie pozwala się nam nawet spróbować, czy udźwigniemy swój los?

Pozbawianie drugiego człowieka prawa do decydowania o sobie jest zabieraniem mu wolności, a nie jej dawaniem. Dlatego używam tu słowa „absurd”. Zwykły szacunek wymaga, by pozwolić drugiemu dokonać wyboru. Warto powiedzieć prawdę i pokazać, z czym będzie zmagać się związek. Kiedy kochamy siebie, mamy w sobie tyle miłości do innego człowieka, by zaufać mądrości jego duszy i nie pozbawiać go prawa samodzielnej oceny sytuacji. Kiedy natomiast przytłaczają nas kompleksy, usuwamy się z czyjegoś życia, postrzegając siebie jako przeszkodę, obciążenie, utrudnienie czy inne zło.

I jak zwykle kluczem do szczęścia i mądrych wyborów okazuje się wysokie poczucie wartości. Kochając siebie, dajemy sobie prawo do bycia w udanym związku. Mamy też wiarę w siebie i wiarę w partnera. Nie zakładamy z góry klęski czy litości. Umiemy zobaczyć pozytywne aspekty wspólnego mierzenia się z wyzwaniem i ufamy, że ukochana osoba odnajdzie przy nas spokój, błogość i wszelkie dobro, jakiego potrzebuje. Nie piętnujemy siebie jako ułomnych, lecz szukamy w sobie siły do budowania szczęśliwego i pełnego miłości związku. A czasem naprawdę wystarczy poczucie bycia kochanym i bliskość tej osoby. Czasem to cud, który wypełnia serce. I nic więcej nie trzeba.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 616
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu