Przywiązanie

Największa mądrość przychodzi z biegiem czasu. Nawet jeśli dostajemy prawdę prosto do ręki, nie zawsze jesteśmy na nią gotowi. Dopiero te boleśnie sprawdzone w praktyce teorie docierają do głębi naszej duszy. Często powtarzam, że po to właśnie istnieją duchowi nauczyciele, aby pomagali nam wyprostować nasze ścieżki. Ale kto dzisiaj ich słucha? Jakoś tak to jest, że chwytamy życie wszystkimi zmysłami, chciwie łapiemy kolejne dni i godziny, ale nie chcemy słyszeć żadnych mądrości. W strachu przed uciekającymi chwilami zamiatamy pod dywan oczywiste spostrzeżenia licząc na cud. I to, w co zawsze nam najłatwiej uwierzyć, to stara naiwna śpiewka: „ale mnie to przecież ominie”.

Wiele lat temu Budda powiedział, że całe ludzkie cierpienie bierze się z przywiązania. Istnieje dopisana do tego bardzo ciekawa legenda, która opowiada o tym, że książę Sakjamuni przez wiele lat szukał odpowiedzi na pytanie o to, jak uwolnić się od emocjonalnego bólu. Obserwował ludzkie zmagania z życiem, hektolitry wylanych łez, rozpacz rozrywającą serca i poprzysiągł sobie, że odnajdzie na to lekarstwo. Znalazł je. Nazwał je „wolnością od przywiązania”. W moim odbiorze jest to najgłębsza i najcenniejsza prawda, którą warto znać niezależnie od wyznania. To ponadczasowa mądrość, która nie jest zastrzeżona dla buddyzmu.

Kiedy zetknęłam się z nią po raz pierwszy, odrzuciłam tę teorię jako coś, co zupełnie nie współgrało z moim umiłowaniem świata. Jak to „nie przywiązywać się”? Przecież to właśnie przywiązania najbardziej nas kręcą i sprawiają mnóstwo rozkoszy. I wcale nie chodzi o rzeczy materialne, a przecież one też czasem wskakują do naszego serca. Przyznam, że mam mnóstwo ulubionych przedmiotów, kryształów, drobiazgów. Niektóre są po prostu zwyczajnie śliczne, a inne niosą w sobie energię kogoś kogo kocham i cudowne wspomnienia. Przechowuję z czułością niektóre drobiazgi od córek i zamierzam je trzymać, dopóki nie rozpadną się w proch one albo ja. Cieszę się też prezentami od męża, chociaż mam ich tak wiele i stale przybywają nowe. Ale są dla mnie cenne, bo są od niego.

Stratę przedmiotów można jednak szybko przeboleć. Najtrudniej uwolnić się od bólu odrzucenia. Kiedy ktoś, kogo kochamy, kto jest naszą emocjonalną opoką, kto otula nasze serca uśmiechem, ciepłem i bliskością – nagle odchodzi, wszystko w sercu się rozpada. Nie ma na to żadnego lekarstwa. Poza tym jednym – poza zrozumieniem, że gdyby nie było przywiązania, nie byłoby bólu. Potrzebowałam wielu lat duchowego wzrastania, żeby zrozumieć, że cierpimy tylko dlatego, że uwiązujemy się do jakiegoś stanu, jakiejś konkretnej sytuacji. To jak tkwienie w strefie komfortu i lęk przed zmianą sytuacji, nawet zmianą na lepsze.

Pozornie rozstanie jest stratą. Ale kiedy wyjdziemy poza iluzje, zrozumiemy, że wszystko jest w ruchu i prawdziwa jest tylko zmiana. Rozstanie nie pozbawia nas wcale rozkoszy kochania. Jeśli chcemy, nadal możemy kochać, ponieważ to, co jest esencją miłości zostaje w nas, w naszym sercu. Tracimy tylko dotyk, tylko jeden aspekt. Znikają też codzienne rytuały, jakieś wspólne zajęcia, ale robią w ten sposób miejsce na coś innego. Rozstanie jest zakończeniem jednej części naszego wielopoziomowego doświadczania. Potem przychodzi kolejne. Niesie w sobie rozmaite niespodzianki, dzięki którym możemy mocniej rozpoznawać siebie lub stworzyć nowy związek, który napełni nas odmiennymi jakościami niż poprzedni.

Trudnością w rozstaniu jest brak świadomości, że jest ono otwarciem drzwi do czegoś nowego. Zwykle stoimy z płaczem nad mogiłą starego związku i nie umiemy podnieść głowy na wielki dar, jakim jest wolność. W tym także wolność od znanego. Ludzie boją się niespodzianek. Tkwią w zużytych układach i boją się poszukać dla siebie nowej ścieżki. Zwykle wystarcza im przeciętność. Co prawda niektóre relacje są piękne i pełne miłości, ale to nie oznacza, że nie może być jeszcze lepiej. Celem życia na Ziemi jest doświadczanie – ciągle czegoś nowego. Poznawanie siebie w rozmaitych scenariuszach i przedziwnych kostiumach. Stagnacja nie rozwija, nawet w najlepszym związku.

Ale co ważne – pozwolenie na to, by ktoś odszedł, nie jest wcale zdradą. Często słyszymy poetów, którzy mówią o wiecznej miłości i opacznie przyjmujemy, że kochać naprawdę można tylko jedną osobę. To nie jest prawda. Nasz Dusza kocha wiele innych Dusz. Możemy w jednym życiu spotkać więcej niż jedną. Możemy przeżyć trzy lub cztery związki i w każdym kochać szczerym sercem. Dar kochania nie jest czymś, co jest zastrzeżone dla jednego. Nie jest też czymś, co się wyczerpuje. Kiedy kończy się jeden związek, możemy bez wyrzutów sumienia otworzyć się na kolejny. Warto dać sobie czas, by pobyć z samym sobą, ale kiedy pojawi się inny człowiek, mamy prawo znowu kochać. Z radością. Bez oporów.

Nie rozumiemy tego i kurczowo trzymamy się tego, co akurat jest. To jest właśnie przywiązanie – lęk przed zmianą. Zakotwiczenie w czymś, co nie musi być wcale bardzo dobre. Bywa najczęściej przeciętne, ale ponieważ jest oswojone, daje pewne poczucie bezpieczeństwa. Przywiązujemy się do rzeczy, do miejsca pracy, do przyjaciół. Kiedy tracimy pracę – martwimy się, zamiast uśmiechnąć do szansy na nowe zajęcie, na poznanie czegoś odmiennego, interesującego. Kiedy przyjaciele odchodzą – cierpimy, zamiast otworzyć ramiona na nowych ludzi, którzy teraz znajdą miejsce w naszym sercu. Nie umiemy przyjąć naturalnej zasady życia, według której wszystko się zmienia – przychodzi i odchodzi w rytm oddechu wszechświata.

Kiedy byłam młodsza, myliłam przywiązanie z emocjami. Myślałam, że wolność od przywiązania to pozbawienie siebie kochania, przyjemności, cieszenia się zmysłowymi doświadczeniami. Nie było we mnie na to zgody.  Wiedziałam, czego chcę i kurczowo się tego trzymałam. Tymczasem przywiązanie to tylko uziemienie w chwili, w związku, w sytuacji. To zamknięcie na zmiany, na nowości, na odmienność. Piękno życia polega na tym, że kiedy kończy się jedna przyjemność, nie należy jej rozpaczliwie zatrzymywać, tylko spokojnie pozwolić jej odejść i z ciekawością dziecka otworzyć się na nowe doświadczenia.

Ból też nas rozwija, czasem więc i on przychodzi. Ale dziwnym trafem nie przywiązujemy się do bólu – puszczamy go. Nie umiemy puścić tylko tego, co dobre, miłe i rozkoszne. Trochę tak, jakbyśmy się bali, że jeśli pozwolimy odejść dobrym rzeczom, to już nic pięknego nas nie spotka. A przecież najczęściej w miejsce jednego związku, przychodzi inny. W miejsce starej pracy pojawia się nowa. A zamiast starych przyjaciół poznajemy nowych ludzi. Nie ma najmniejszego sensu płakać po tym, co odchodzi. Jesteśmy tu na Ziemi, by doświadczać ciekawych rzeczy i otwierać się z radością na wszystkie nowości. Wierzę też głęboko, że jeśli wszechświat coś nam zabiera, to w to miejsce przynosi nam coś lepszego.

 

 

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 750
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu