Przebudzenie 39

Chociaż tyle się mówi i pisze na temat duchowego rozwoju, ludzie nie chcą dostrzegać tego, co najważniejsze – dobra, miłości, akceptacji, pokoju. Być może niektórzy tak, ale powszechnie nie widać tego prawie w ogóle, jakby wzrastanie – to autentyczne i oparte na duchowym rozumieniu – dotyczyło zaledwie niewielu. Mam wśród znajomych na portalu społecznościowym niemal samych ezoteryków. To, co pokazują, dalekie jest od pojmowania podstawowych zasad duchowości.

Ostatnio podniosła się wielka wrzawa na temat otwarcia igrzysk olimpijskich w Paryżu. Rozumiem, że nie każdemu musiały się podobać niektóre lub nawet wszystkie występy. „De gustibus non disputandum est”. Nic w tym niezwykłego. Moją uwagę przykuło porównywanie pewnego przedstawienia do „Ostatniej wieczerzy” – okraszone ogromnym oburzeniem katolików. Rzecz w tym, że pierwowzorem tego „czegoś” była Uczta Bogów, przedstawiająca ślub Tetydy i Peleusa. Odwołanie się do mitologii na takiej imprezie wydaje się całkiem naturalne.

Nie przeszkadza mi ludzka ignorancja. Nie każdy musi znać mitologię czy też określone dzieła sztuki. Ja sama nie znam nazwiska malarza, którego obraz był inspiracją do widowiska. Ale nie zawsze tam, gdzie jest stół, tam ostatnia wieczerza. Jak ogromnym egocentrykiem trzeba być, żeby odnosić wszystko do swojego wąskiego kółeczka zainteresowań, które kończą się – jak widać – na kościele. Przypomnę: oprócz kościoła jest mnóstwo innych tematów na świecie. Tam, gdzie stół, tam po prostu jakaś uczta, kolacja, obiad, a niekoniecznie religijne odniesienia.

Poza egocentryzmem uderza mnie rażąca wręcz potrzeba hejtu i obrażania się na innych. W tym przypadku  na cały Paryż. Gdzie tu rozwój? Duchowe wzrastanie to szukanie dobra, a nie wynajdowanie zła. Nie widzę duchowego podejścia w wyszukiwaniu pretekstu do tego, by krytykować takie formy sztuki, której się nie rozumie. Ani w opowiadaniu o demonach i lucyferach tylko dlatego, że ktoś mylnie dopatrzył się „Ostatniej Wieczerzy” tam, gdzie nikt o niej nie myślał. Jeśli coś nam się nie podoba, to nie oglądajmy, nie musimy. Opowieści o demonach i upadku świata niczemu nie służą.

Kiedy zobaczyłam pierwsze porównanie słynnego obrazu Leonarda da Vinci do zdjęcia z przedstawienia, nie zobaczyłam tam żadnego podobieństwa. Dlaczego? Bo patrzyłam bez uprzedzeń i bez wmawiania sobie na siłę urojonego zła. Bo czuję energię – w tym przypadku obrazu i ludzi. Jeśli ktoś jest wypełniony gniewem, oburzeniem, nadmuchaniem i fochem, to nie zobaczy prawdy, tylko to wszystko, co wibracyjnie pasuje do jego złości i potrzeby hejtu. Przecież to oczywiste.

Paradoksalnie – nie jestem wielką miłośniczką mitologii, chociaż staram się znać wszystkie jej najważniejsze symbole, ponieważ działają one w astrologii, która z kolei jest dla mnie istotna. Nie zachwycam się wyuzdaniem, pijaństwem czy obżarstwem. Uczty starożytnych bogów i bożków nigdy nie były mi w żaden sposób bliskie. To nie moje klimaty. Ale odnoszenie ich do katolickich symboli – oczywiście z ogromną obrazą uczuć religijnych – jest zwyczajnie niedojrzałe. I nie duchowe.

Każdy widzi to, co nosi w sobie. Człowiek pełen złości podświadomie szuka pretekstu do hejtu. Przyczepia się do wszystkiego, co daje mu ten pretekst. Jeśli wdepniemy niechcący na trawniku w psią kupę i skrzywimy się odruchowo, to taki człowiek oskarży nas o obrazę jego uczuć, bo po drugiej stronie ulicy akurat naprzeciw trawnika znajduje się świątynia, a my przecież bezczelnie skrzywiliśmy usta. Tak to działa.  I dla mnie to właśnie tacy ludzie są największymi, najpilniejszymi sługami mroku. To oni rozpętują kłótnie, spory, a potem także i wojny.

Jeśli Chrystus jest dla mnie świętością, to nikt i nic nie jest w stanie tego zmienić ani mnie obrazić. Nie zobaczę Go w żadnej parodii. Nawet jeśli ktoś przykuje się do krzyża, żeby coś wykpić, to chociaż symbol krzyża jest dość jednoznaczny, zawsze mogę odwrócić się plecami i uznać, że to nie ma nic wspólnego z tym, co dla mnie naprawdę święte. Gdybym w jakimś złośliwym prześmiewcy, który sobie dla draki zawisnął na krzyżu, chciała zobaczyć parodiowanie Chrystusa, to chyba obraziłabym tego ostatniego. Światła nie można sparodiować. Światła nie można obrazić. Światła nie można wykpić. A pod brudem zawsze jest tylko brud i ze świętością nie ma nic wspólnego. Obraźliwe dla świętości jest szukanie podobieństw w czymś, co postrzegamy jako brudne.

Z innej strony patrząc – Boskość jest w każdym, a więc także w prześmiewcy, w idiocie, w błaźnie. Ale żeby ją zobaczyć, musimy wyjść poza złość, poza foch i obrażone miny „zranionych uczuć religijnych”. To sztuka niedostępna dla tych, którzy głośno krzyczą o demonach, a nie widzą zwykłego człowieka, a co dopiero Chrystusa. Zawsze mnie to niemiło porusza – rzekome stawnie w obronie wiary poprzez falę nieuzasadnionej nienawiści. Zapomina się przy tym, że najważniejsze przykazanie brzmi: „miłuj bliźniego swego”. To właśnie próbował nam pokazać Największy Nauczyciel Świata.

Smutno mi, kiedy ludzie, którzy nazywają siebie obrońcami Chrystusa, widzą zło w każdym, kto myśli inaczej niż oni i mieczem lub agresją chcą uczyć świętości. Uważam, że człowiek pełen Światła widzi wszędzie dobro. Stara się rozumieć nawet tych, którzy mają odmienne poglądy, wyznają inną wiarę, mają inną orientację czy inny kolor skóry. Dobra osoba szanuje każdą ludzką istotę. Jeśli zderzy się ze złem, to nie skupia się na tym, co wydaje jej się ciemne i mroczne. Odwraca się i podąża w stronę Światła, jak kwiat, który zawsze zwraca się w kierunku słońca.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 750
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu