Rozwój duchowy nie jest ścieżką w chmurach, tylko życiem na Ziemi. Życiem ze wszystkimi jego ważnymi aspektami: z bólem, rozpaczą, rozczarowaniem, ze śmiechem, radosnym zaskoczeniem i zadowoleniem. Dotyka nas to samo, co zawsze. I tak samo jak zawsze żyjący wrażliwy człowiek ma prawo odczuwać rozmaite emocje. One zawsze w nas będą, dopóki stąpamy po tej planecie. Na tym polega istnienie i czasem można nawet sobie powiedzieć, że taki właśnie bywa sens naszego życia. Aczkolwiek, jeśli ktoś chce poszukać własnej odpowiedzi na to odwieczne pytanie, to powinien to cierpliwie nadal kontynuować.
Człowiek na duchowej ścieżce ma pełne prawo odczuwać gniew i rozczarowanie albo smutek. Warto o tym głośno mówić, ponieważ niektórym wydaje się, że kiedy doświadczamy przebudzenia, to zamieniamy się w papierowe wietrzne dzwonki, które kołysząc się w podmuchach letniej bryzy grają urocze melodie. Otóż nie. Nadal jesteśmy ludźmi i nadal korzystamy z rozumu, który wyraźnie pokazuje nam niewygodę, ludzką zawiść, próby nadużycia oraz zaskakuje dziwnymi wyborami innych osób. Takimi, które nigdy nie przyszłyby nam do głowy, nawet gdyby świat zaczął się rozsypywać jak domek z kart. Życie się dzieje nadal i przynosi rozmaitości godne najbardziej emocjonującego dramatycznego serialu.
Człowiek na ścieżce duchowej nie jest z papieru i wcale nie musi chodzić na palcach. Emocje są częścią naszego życia. Jeśli udajemy, że ich nie czujemy, bo „jesteśmy duchowi”, to w rzeczywistości wypieramy je, czyli spychamy do podświadomości, gdzie zaczynają mościć się w ciele i szykować podłoże do rozmaitych chorób. Okłamywanie samego siebie nie przynosi żadnych korzyści nikomu. Pisałam wielokrotnie, że emocje są dla nas – to drogowskazy, które wyraźnie informują, w jakim kierunku trzeba spojrzeć, aby uzdrowić jakiś aspekt swojego życia. Taki, który nas przecież uwiera. Chociaż wiele osób drażni ten temat, przypomnę, że uzdrawianie jest inną nazwą „uszczęśliwiania siebie” lub „spełniania marzeń”. Tak na to warto spojrzeć.
Czym zatem różni się przebudzona osoba od pozostałych ludzi, skoro ma prawo odczuwać złość, przeklinać czy tupnąć nogą z taką samą siłą? Odpowiem prosto i krótko: świadomością. Ponieważ gniew też może być świadomy. Kiedy jesteśmy w nim świadomi, to – uwaga – nie złorzeczymy innym czującym istotom, nie przeklinamy ich, nie życzymy nikomu źle. Nie miotamy negatywną energią na wszystkie strony. Nie brudzimy przestrzeni ani własnej, ani cudzej. Uwalniamy go w miarę możliwości szybko, aby nie uszkodzić swojego cennego ciała. Wyrzucamy go z siebie do ziemi, pozwalając, by ona ze swoją mądrością przetrawiła go i wykorzystała dla użyźnienia wszystkiego, co tego potrzebuje.
Świadomość pojmuje, że gniew jest emocją powstałą na bazie jakiegoś wzorca, który w odpowiednim momencie warto uzdrowić. Jeśli pozwolimy, by nami rządził i co gorsza – wyrażamy go w sposób raniący innych ludzi, wówczas tworzymy kolejne negatywne zapisy. Czasem budujemy niekorzystna karmę. Duchowa ścieżka uwalnia nas od tego w sposób, który przynosi ogromną ulgę, ponieważ im dłużej wykonujemy praktyki duchowe, tym rzadziej ów gniew odczuwamy. Po pierwsze wygasają stare wzorce budowane na braku rozumienia. Świadomość duchowa je oświetla i pozwala inaczej spojrzeć na istnienie. Po drugie praktykując podnosimy sobie energię, a to powoduje spokój i dystans.
W wysokich wibracjach stajemy się częścią swojej prawdziwej natury. Ujawnia się nasza boskość i to Kim W Istocie Jesteśmy. To cudowny kawałek życia – możliwość dotknięcia esencji swojej istoty. To właśnie ludzie nazywają olśnieniem, przebudzeniem, czasem nawet oświeceniem, aczkolwiek moim zdaniem to tylko jeden ze stopni na trochę dłuższej drodze. Jest to dostępne dla każdego. Wystarczy trochę otwartości, cierpliwości i zaufania w Dobro. Wiem, że jeśli ktoś chce za wszelką cenę udowodnić, że Ziemia jest piekłem, to zamyka serce na swoją boską naturę, która w istocie jest miłością. Łatwo wyliczyć argumenty udowadniające, że życie jest koszmarne. Rozwój jest natomiast poszukiwaniem Światła w sobie i poza sobą. Światła, które jest silniejsze niż największy koszmar. To Światło nas wznosi i pozwala poczuć spokój zamiast gniewu.
Ludzie, którzy nie zajmują się duchowym wzrastaniem albo są na początku drogi, reagują nawykowo, jak setki innych przed nimi. Reagują emocjonalnie na zło, tupią nogami, pouczają innych, płaczą albo zarzekają się, że nigdy więcej się nie odrodzą. Czasem wymyślają teorie o systemach, a w tych teoriach uspokajają sami siebie przerzuceniem winy na kogoś innego. Bo zawsze łatwo wymyślić takie uniwersum, w którym jest jakaś siła za naszymi plecami i to ta siła jest wszystkiemu winna. Gdyby nie ta siła, wszyscy siedzielibyśmy nad rajskim basenem z drinkiem rozkoszy w ręce. Literatura fantasy jest pełna takich opcji. Biblijne opowieści również – w każdej chyba kulturze jest legenda o Edenie i jakimś diable, który wszystko nam zepsuł. A dobra informacja jest taka, że to my mamy władzę i wzrasta ona wprost proporcjonalnie do duchowego rozwoju.
Często daje się zauważyć, że nauczyciele duchowi pozostają nieporuszeni w sytuacji, kiedy inni ludzie się denerwują. Jakkolwiek to zabrzmi – też tego doświadczam. Coś się pojawia negatywnego, a ja przyjmuję to ze spokojem, bez udawania i zamiatania pod dywan. Po prostu czuję dystans wypraktykowany latami medytacji. Patrzę, jak ludzie przeklinają, biegają dookoła i miotają się w poczuciu gniewu. Rozumiem ich cierpienie, ale nie włączam się w to, ponieważ widzę coś, czego oni nie widzą. A dzięki temu mam w sobie spokój. To trochę tak, jak sytuacja, w której chcemy rozwiesić na dworze pranie, a tu nagle zaczyna padać ulewny deszcz. Kiedy mamy wgląd „meteorologiczny”, kiedy rozumiemy układ chmur i bieganie mrówek, to wiemy, że za chwilę wyjdzie słonce. Nie złościmy się. Czekamy cierpliwie i ono za chwilę się pojawia, a my spokojnie wieszamy wyprane rzeczy.
Nie zawsze mam ten komfort. Uczciwie się przyznaję, że mam jeszcze swoje lekcje do odrobienia i są takie sytuacje, w których czuję bezradność i gniew. Domyślam się, że te trudne dla mnie momenty też mają swoją harmonię. Czasem pytam o to w Kronikach Akaszy, dostają odpowiedź i na poziomie umysłu zaczynam rozumieć. Ale to nie to samo, co urzeczywistnienie wiedzy. Urzeczywistnienie obdarza nas spokojem. To jest taki wgląd, który nie został nam dany przez kogoś, tylko ten, który przychodzi z naszego serca w wyniku właśnie duchowej praktyki. To głębokie odczuwanie sensu tego, co się wydarza, nawet jeśli to jest dramatyczne dla nas i dla innych ludzi. Podnoszenie własnej wibracji poprzez pracę z energią i duchową praktykę pozwala rozwijać ten wgląd i odczuwać pokój. To nie wiara w harmonię, to głęboka pewność i czucie w każdej komórce ciała, że ona po prostu jest.







