Należę do osób punktualnych. Nie pamiętam, kiedy się ostatni raz spóźniłam na umówione spotkanie. Ale przyznaję się też – co może być dla niektórych osób pocieszające – że w młodości było odwrotnie: byłam spóźnialska. Na poziomie mistrza, bo potrafiłam się spóźnić nawet we własnym domu i moi goście zmuszeni byli do czekania w pokoju, aż wyjdę do nich z łazienki. Dzisiaj śmieję się z tego, bo pracowicie odwróciłam ten wzorzec. Jest to możliwe, ale trzeba zacząć od uświadomienia sobie, że to nie pech, nie natura, nie przeznaczenie, tylko właśnie uszkodzony wzorzec. Można go zmienić i stać się punktualnym człowiekiem. Można naprawdę.
To, czym się zajmuję na co dzień, jest moją prawdziwą pasją. Nic zatem dziwnego w tym, że zajmuje mi to ogromnie dużo czasu. Staram się przy tym zawsze mieć przestrzeń dla najbliższych, bo to w moim życiu prawdziwy priorytet. A jak każda kobieta lubię też czasem ogarnąć dom i siebie w sposób bardziej wyszukany. Bywa zatem tak, że pojawia się zjawisko, które na własny użytek nazwałam „niedoczasem”. Chyba nie istnieje takie słowo w żadnym słowniku. Ludzie raczej używają określenia „brak”. Ale niedoczas jest moim własnym pomysłem, który bardzo trafnie oddaje naturę sytuacji, nie programując jednocześnie jakiegokolwiek deficytu.
Zdarza się zatem, że mocno wkręcam się w jakieś pasjonujące działanie albo długą rozmowę z kimś kochanym i nagle – myk! – jestem w niedoczasie. Przez wiele lat było to dla mnie powodem do stresu – myślę, że wiele osób też źle się czuje, kiedy nie mogą zdążyć z tym wszystkim, co pragnęli wykonać. Niektóre rzeczy bywają przecież zaplanowane przez innych – wizyta u lekarza, fryzjer czy kosmetyczka. Nie wszystko da się przesunąć na inny termin. A kiedy wskakuje niedoczas, to już wiadomo, że będzie w pośpiechu i byle jak. Albo w ogóle czegoś nie będzie. Któż lubi taki stan?
Warto jednak spojrzeć na to z pewnej spokojnej perspektywy, która przypomina, że tylko nieliczni są tak perfekcyjnie zorganizowani, by ze wszystkim zawsze zdążyć. To oczywiście też wzorce harmonii, porządku i prawdziwej akceptacji każdego planu. Bo jeśli czegoś w głębi duszy nie chcemy, to wszechświat będzie nam podkładał nogi i utrudniał działanie na wszystkie możliwe sposoby. Wtedy też możemy wpaść w niedoczas. Właśnie dlatego nawet najlepiej zorganizowani również mają złe dni, kiedy wszystko się rozsypuje.
Subiektywnie rzecz biorąc nigdy nie chciałam być idealnie zaprogramowana. Ogromnie cenię sobie naturalność i spontaniczność. Mam pewne plany i projekty, mam terminarz związany z pracą zawodową, ale poza tym pozwalam sobie na dowolność i działanie zgodne z określonym nastrojem. Jeśli mam ochotę – piekę ciasto, jeśli mam ochotę – idę na spacer, jeśli mam ochotę – wtedy piszę lub maluję. Nic na siłę. Życie ma być radosne i twórcze. Daję sobie do tego prawo i poza tym, co absolutnie muszę, jak branie prysznica, odkurzanie czy rozpakowanie zmywarki, nie wrzucam samej siebie w żaden kołowrotek nudnych powtarzalnych czynności.
Nauczyłam się też akceptować pojawiający się sporadycznie niedoczas. Uświadomiłam sobie, że wszystko jest nam potrzebne, ponieważ żyjemy tu na Ziemi, by doświadczać. Oznacza to, że sprzątanie nigdy nie będzie ważniejsze od zatopienia się w ciekawej lekturze albo od rozmowy z kimś sympatycznym. Albo od przeglądania fenomenalnych zdjęć zrobionych w Tatrach przez znajomego. Czasem to nawykowo przeraża – na pięć minut wskakuję w Allegro lub na Fb, by coś konkretnego znaleźć, a kiedy podnoszę głowę, zegar bezlitośnie pokazuje, że uciekła godzina czasu. Jakże cenna godzina, w czasie której miałam coś napisać, nagrać, ugotować, wyprać. Któż tego nie zna?
Wyszłam z tego nawykowego stresu przez uznanie, że wszystko ma znaczenie. Jeśli robimy coś: oglądamy, czytamy, rozmawiamy i czas znika, to znaczy, że to było ważne i dobre. Tak po prostu. Nudne i przykre rzeczy sprawiają, że czas dłuży się w nieskończoność. Tylko przyjemne mają magiczną moc połykania czasu. A skoro są przyjemne, to czego żałować? Że nie zdążę posprzątać podłogi? Zrobię to jutro lub za kilka godzin. Kurz nigdzie nie ucieknie. Że nie nastawię dziś prania? Mam szafę pełną ciuchów, mój mąż też, nie grozi nam chodzenie nago. Że nie napiszę zaplanowanego na dziś artykułu? Napiszę go innym razem.
Odnajdywanie harmonii w każdej sytuacji wydaje mi się bezcenną umiejętnością szczęśliwego życia. Człowiek potrafi robić dramaty z niczego i ma to zazwyczaj mocno wdrukowane. Jeszcze niedawno niedoczas wywoływał we mnie spontaniczne spięcie: „och, co teraz? Nie zdążę…” A dzisiaj wzruszam ramionami i zmieniam plany. Bardzo szybko można wyodrębnić priorytety, co musi znaleźć miejsce w tym czasie, który został, a z czego można zrezygnować. Zapewniam, że można się tego szybko nauczyć i wiem też, że w istocie każdy to potrafi. Natomiast najważniejsze jest, żeby to przyjąć z uśmiechem. Bo to fajnie, że ma się okazję robić coś tak ciekawego, że czas znika. Zamiast martwić się wpadnięciem w niedoczas, lepiej jest doceniać to wszystko, czego można było doświadczyć.
Myślę, że problemem bywa dzielenie zjawisk i działań na rzeczy ważne i „bzdury”. Ważne to praca, sprzątanie, gotowanie, pranie. A bzdury to scrollowanie fejsa, czytanie postów, przeglądanie nowych fasonów biustonoszy na Allegro czy oglądanie filmów. Ale to nieprawda – nic nie jest bzdurą, jeśli sprawia nam radość. Albo jeśli przynosi odpowiedzi na ważne dla nas pytania. Czasem zwyczajnie chcemy wiedzieć, co myślą inni na jakiś temat. Albo kupić sobie coś w dobrej cenie i w dobrej jakości. To wszystko wymaga czasu. Czytanie książek i oglądanie filmów potrafią karmić naszą duszę w sposób niezastąpiony. I nawet nie zamierzam tego porównywać do odkurzania. Bo moim zdaniem – lepiej obejrzeć naprawdę dobry film z okruchami na dywanie niż nie oglądać wcale.
Mądry człowiek umie ułożyć sobie czas tak, żeby tych okruchów jednak nie było, bo wtedy przyjemniej się ogląda. Ale jeśli wpadnie w niedoczas, to nie robi z tego dramatu, tylko zauważa, co w praktyce sprawia mu najwięcej przyjemności i równomiernie to przeplata z obowiązkami czy sprzątaniem. I nie odnoszę się tutaj w ogóle do obsesyjnego siedzenia z nosem w smartfonie. To moje refleksje dla tych, którzy pracują dużo i intensywnie, a pomimo tego miewają wyrzuty sumienia, kiedy z czymś się spóźniają. Warto uświadomić sobie, że wszystko co robimy ma sens i wnosi coś ważnego do naszego życia. Czasem przesunięcie jakiegoś planu na inny termin owocuje ciekawymi odkryciami, których nie dokonalibyśmy, gdy wszystko odbyło się zgodnie z harmonogramem. Lubię dostrzegać i doceniać prezenty od losu ukryte za nieplanowanymi historiami.







