Nie mam muzycznego wykształcenia. Nie tworzę muzyki, tylko jej słucham. Moje upodobania są przedziwne i zróżnicowane. Najczęściej towarzyszą mi utwory popularne, w tym głównie muzyka filmowa oraz coś z zupełnie innej półki – mantry śpiewane przez profesjonalnych wykonawców. Zaraz potem zanurzam się w słuchanie handpana – głównie Malte Martena. Ale mam też sporo swoich perełek wśród znanych arcydzieł muzyki poważnej. Zaliczam do nich na przykład „Peer Gynt” Griega oraz „Obrazki z wystawy” Musorgskiego.
Och, jest tego oczywiście dużo więcej, ale gdybym publikowała tutaj swoją playlistę, to mijałoby się to z celem i zajęło mnóstwo miejsca. A chcę podzielić się z Wami pewną refleksją. Otóż wcale nie przepadam za tzw. „muzyką uzdrawiającą”. Przyznaję się, że próbowałam z czystej ciekawości słuchać publikowanych w sieci utworów o specjalnie dobranej częstotliwości. Różne to były utwory i różne częstotliwości, jednak zupełnie mi nie odpowiadają. Mam wrażenie z poziomu energetycznego, że te wszystkie utwory opisywane jako uzdrawiające serce, ciało i cokolwiek innego, to jedna wielka kakofonia średnio przyjemnych dźwięków. Stokroć lepszy jest szum strumyka lub szelest gałęzi poruszanych wiatrem.
Każdy z nas lubi coś innego, wypowiadam się tylko za siebie, ale czuję całą sobą, że coś jest w tym kompletnie nie tak. Uważam, że w pięknym pozytywnym działaniu muzyki liczy się nie tylko dźwięk o określonej wibracji, ale także to, co nazywamy melodią. Kiedy melodia nam się podoba, to uruchamia w nas pozytywne reakcje. Podobnie działa zapach – ten przyjemny powoduje, że się uśmiechamy. Analogicznie z cudownym widokiem – kiedy mamy okazję zobaczyć coś ślicznego, czujemy zachwyt, serce nam rośnie. Nie chodzi zatem o bombardowanie naszych zmysłów dźwiękami, cząstkami zapachowymi czy błyskami świateł. Chodzi o harmonijną całość.
W tym miejscu przypominam sobie chwilę sprzed lat, kiedy układałam na stole kryształową mandalę. Te kryształy – jak pojedyncze dźwięki – towarzyszą mi stale spoczywając na moich półkach. Kiedy ułożyłam je w określony choć intuicyjny sposób, nagle otworzył się portal do innego wymiaru. Uruchomiła się odrębna czasoprzestrzeń – jako efekt kryształowego klucza na moim stole. Podobnie jest z muzyką – konkretny utwór działa jak wyzwalacz dotykając nas wielopoziomowo, poprzez piękno melodii, poprzez dobre wspomnienia, poprzez harmonię. Prawdziwie utalentowany muzyk układa nuty jak ja kryształy i otwiera inne poziomy doznań. Nie znajdziemy tego w sztucznych zbitkach dźwięków opisanych rzekomo uzdrawiającymi hercami.
Być może to kwestia gustu, ale uważam raczej, że to czynnik ludzki. Podobnie jak w przypadku grafik wykonanych przez AI – muzyka, która nie jest skomponowana z sercem przez człowieka, nie działa na mnie w żaden sposób. Jakoś energetycznie nie reaguję pozytywnie na sztuczność. Tymczasem dzieła wielkich i mniej wielkich kompozytorów potrafią wzbudzić we mnie zachwyt, doprowadzić do łez wzruszenia i napełnić czymś, czego wcześniej we mnie w ogóle nie było. Magia muzyki, aczkolwiek nie do końca zrozumiała, bezsprzecznie na mnie działa. To, co sztuczne i produkowane na siłę – kompletnie nie. Nie nazywam nawet tego muzyką. To subiektywna ocena, ale dzielę się tym z Wami, bo wierzę, że wiele osób ma podobnie. Przyznaję, jestem bardzo ciekawa, ilu spośród Was czuje tak, jak ja…
Tak, na misach też gram, ale nie nazywam tego muzyką. To dla mnie proces wibracyjny, który rzecz jasna jest na swój sposób terapią dźwiękiem. Lubię to, doceniam, korzystam. Włączam do tego śpiew, aby połączyć się mocniej wibracją z kryształem. Jest wiele narzędzi czy instrumentów stworzonych do tego celu – oprócz mis są kamertony, kryształowe harfy, dzwonki. Dźwięki tutaj są specyficzne i moim zdaniem dalekie od muzyki, aczkolwiek z harfy można już wydobyć melodię, a ta właśnie moim zdaniem jest kluczowa. To linia melodyczna otwiera nasze serca na zachwyt. Z cała pewnością gra na misie czy dzwonkach nie powoduje u mnie wzruszenia. Poddaję się kołysaniu dźwięku tak, jak poddawałabym się uzdrawiającemu masażowi. To dobre i miłe.
Natomiast prawdziwa muzyka ma boską naturę. Najbardziej kocham te wszystkie utwory, przy których włosy stają mi na skórze i zachwyt wypełnia człowieka dreszczem. Zawsze fascynował mnie ten cud, który sprawia, że nasze ciało tak niesamowicie reaguje na muzykę. Kiedy słuchamy czegoś szczególnie pięknego dla nas, to w magiczny sposób zostają uruchomione te części w duszy, które są związane z emocjami, wspomnieniami, empatią. Kładę nacisk na określenie „nas”, bo uważam, że każdy człowiek jest inny i każdy może lubić zupełnie inny rodzaj muzyki, a zatem całkiem inne utwory mogą go poruszać do łez.
Nie istnieje coś takiego, jak uzdrawiająca muzyka dla wszystkich. Nie można ludzi wrzucić do jednej szufladki i karmić jednakowymi doznaniami. Jesteśmy ogromnymi indywidualnościami – na tym polega doskonałość człowieczeństwa. Reagujemy różnie i mamy rozmaite zapotrzebowania. Powiedziałabym wprost, że nie ma muzyki dobrej i niedobrej. Jest tylko to, co się nam podoba, co działa na nas pozytywnie i to, co się nam nie podoba i co nas drażni. Korzystne działania, to nie tylko kojące dźwięki, które pomagają uspokoić się lub zasnąć. To także każda muzyka, która podnosi nam energię, poprawia nastrój i powoduje, że czujemy się szczęśliwi, zadowoleni, odprężeni, wzruszeni.
Piękno dźwięku działa też dosłownie na nasze ciało, wpływając na ruch. Szczególną rolę odgrywa tutaj oczywiście rytm, ale z całą pewnością każdy doświadczył takiej sesji słuchania utworów, przy której nogi rwały się do tańca lub nieświadomie stukał palcami w blat. To kolejne cudne działanie, które można z powodzeniem wykorzystać w profesjonalnej terapii ruchem czy tańcem. Muzyka zachęca do otwarcia serca i poruszenia ciałem, dzięki któremu udaje się często uwolnić z ciała rozmaite emocje.
Muzyka działa podobnie jak zapach w obszarze pamięci. Jeśli spędzimy cudowny wieczór przy określonych wykonawcach, to nawet po dwudziestu latach usłyszenie tych samych piosenek działa tak, jakby znowu zalała nas oksytocyna. Fizycznie zapewne nic takiego się w naszym ciele nie dzieje, ale ono sobie przypomina dobre chwile. Często tego doświadczałam, dlatego wiem, że to nie jest tylko teoria. Wykorzystuję ulubioną muzykę do zmiany niekorzystnych zapisów, ponieważ czuję, jak skutecznie działa w tym obszarze.
Na co dzień warto czerpać z dobrodziejstwa tej pięknej sztuki choćby dla poprawiania nastroju. Nie odkrywam Ameryki, tylko przypominam, że czasem, kiedy jest nam smutno, kiedy jest źle albo czujemy się podenerwowani słuchanie ulubionych utworów pomaga poczuć się lepiej. Jest to jeden z najłatwiejszych i najbardziej przyjemnych sposobów na poprawę nastroju. Odpowiednio dobrana playlista powinna być u każdego dostępna od ręki w smartfonie, aby móc doładować wewnętrzne akumulatory albo zwyczajnie podnieść sobie energię. Układamy na liście to, co lubimy, co nam się podoba i co nam podnosi energię. Każdy wybiera po swojemu.







