Kiedy obserwuję świat duchowego rozwoju, to zauważam przedziwne zjawisko umniejszania siebie, które przejawia się przede wszystkim w szukaniu wszystkiego, co cenne poza sobą. Jest jeszcze i druga osobliwość, która polega na robieniu z siebie wielkiego guru, ale to w zasadzie to samo. Człowiek, który udaje kogoś, kim nie jest, to osoba ogromnie zakompleksiona. Nie trzeba wcale być psychologiem, by to zobaczyć. To aż bije po oczach. Internet jest pełen domorosłych duchowych nauczycieli, którzy nie mają kompletnie pojęcia o pracy z drugim człowiekiem, ale beztrosko grzebią w jego psychice tylko po to, by wszem i wobec ogłosić siebie jako wielkiego guru.
Wracam jednak do tego pierwszego wątku, bo jest moim zdaniem zwyczajnie ciekawszy. Otóż każdy, kto naprawdę rozumie, czym jest duchowe wzrastanie, odnajduje w sobie wszystko, czego potrzebuje. Jest też zwyczajnie świadomy tego, że oświecenie – jakkolwiek by je zdefiniować – jest już w nim i czeka na taki magiczny „pstryk”. Co to dla nas oznacza? Że wcale nie musimy jechać do Indii i medytować w jaskini nad miską ryżu. Zresztą żyjemy w zupełnie innych czasach niż słynni duchowi przewodnicy, więc to, co było dobre dla nich, niekoniecznie jest dobre dla nas. To po pierwsze.
Ale po drugie – duch wciela się w materię z określonego powodu. Nie po to, by od tej materii uciekać. Wystarczy logicznie pomyśleć: jeśli materia jest przeszkodą i mamy być ascetami oderwanymi od rzeczywistości, to po co nam życie na Ziemi? Jest wiele planet i wymiarów, w których nie ma materii jako takiej. A przecież dusza wybiera sobie miejsce i warunki dla siebie najbardziej optymalne. Skoro wybiera Ziemię, to znaczy, że potrzebuje tego, co Ziemia oferuje: materię. Bądźmy proszę logiczni. Na Prospericie uczę tego, jak płynnie łączyć ducha z materią i jak poprzez materię rozpoznawać poziom naszego duchowego wzrastania.
A zatem nie musimy jechać na wschód i medytować w jaskini. Co więc możemy z korzyścią dla duchowego wzrostu? Być w tu i teraz, dotykając życia wszystkimi zmysłami i nakładając na nie całą duchową wiedzę. Czyli – mówiąc w inny bardziej może zrozumiały sposób – wprowadzajmy do praktyki duchowe teorie wyczytane w mądrych książkach lub zasłyszane na szkoleniach. Oznacza to, że życie najbardziej nas rozwija. Najlepszym duchowym nauczycielem jest bolesne doświadczenie. Ta chwila, w której zdradza nas mąż, niesprawiedliwie oskarża teściowa albo dziecko zapada na poważną chorobę. Właśnie wtedy przechodzimy naprawdę potężne inicjacje.
Nie ma jednej uniwersalnej wskazówki, co należy robić w momencie kryzysu, bo każda sytuacja jest inna i odnosi się do innych lekcji. Mogę tylko ogólnie zasugerować, by szukać odpowiedzi w miłości – do siebie i świata, bo po to przyszliśmy tutaj na Ziemię: dla kochania. A zatem, kiedy pojawia się dramat, zapytajmy siebie tak zwyczajnie: co wybrałaby miłość? Znamy wszyscy ten sposób pytania, nic to nowego. Ale to jest zawsze najlepsza metoda, by podążać ścieżką serca, która niezawodnie prowadzi nas w rozwoju wewnętrznym. Kierując się kochaniem, nigdy nie stracimy ani jednej minuty swojego życia. Gwarantuję, bo doświadczam i sprawdziłam to wielokrotnie. Miłość wraca. Dobro wraca. Radość wraca.
A dla tych, którzy chcą być asertywni, ważna będzie informacja, że miłość do siebie wyklucza bycie wykorzystywanym, zatem kochanie siebie nie oznacza wcale zgody na bycie poniżanym. Wręcz przeciwnie. Miłość do siebie nie tylko wyraża się dbałością o nasze własne dobro, ale też chroni nas przed byciem krzywdzonym. Energia miłości to najsilniejsza znana mi tarcza. Zatem – kochajmy innych, obdarzajmy ich dobrem, ale w równowadze z dawaniem uwagi, troski i kochania samemu sobie. To taki najbardziej ogólny sens życia, a więc i rozwoju. Kiedy podejmujemy decyzje opierając się na sercu, wzrastamy duchowo.
W codzienności jest mnóstwo okazji do wzrastania wewnętrznego. Ja najlepiej medytuję podczas zmywania naczyń. Buddyjscy nauczyciele zachęcają do uważnego zamiatania, zmywania, sprzątania, a nawet spacerowania. Uważność przynosi odkrywanie swojej wewnętrznej mocy i wzrost energii. Wcale nie trzeba siadać w kwiecie lotosu, chociaż jeśli ktoś lubi i potrafi medytować w sposób klasyczny, to przecież może. Niech każdy znajdzie dla siebie najlepszą formę. Ja tylko przypominam, że nie forma jest ważna, dlatego właśnie z taką lekkością wznosimy się duchowo zamiatając podwórko.
Nie pisałabym o tym w ogóle, gdyby nie spostrzeżenie dotyczące szukania wszystkiego na zewnątrz. Ludzie zapisują się na kursy medytacji, kupują poduszki medytacyjne, sznury, nagrania specjalnej muzyki i zapominają, że wszystko mają w sobie. Można usiąść na ławce przed domem. Na łące lub nad wodą. W lesie na pniu drzewa. I po prostu być. Cichy zachwyt ciepłem słonecznych promieni, zapachem trawy, śpiewem ptaków daje nam więcej niż powtarzanie mantr. Chociaż ja lubię mantry i recytuję je sobie czasem, bo błyskawicznie uspokajają moją nerwową naturę. Wszystko jest dobre, co pozwala odnaleźć w sobie ciszę. Każdy może to robić po swojemu.
Najważniejsze, by docenić siebie i swoje własne Światło, które jest wewnątrz nas, w każdym człowieku. Wzrastanie duchowe polega na wydobywaniu go na zewnątrz i promieniowaniu nim na zewnątrz. A jak tu promieniować, jeśli uważamy, że nie jesteśmy wystarczający? Jeśli – co gorsza – idziemy na kurs do domorosłego guru, który każdym słowem pokazuje nam, że wobec jego wielkości jesteśmy marnym prochem, który musi długo pracować nad sobą. Nikt nic nie musi. Oczywistością oświecenia jest to, że nosimy je w sobie. Jest jak lampa, którą można w każdej chwili zapalić. Dobry nauczyciel pomaga odnaleźć włącznik. Zły nauczyciel mówi: „potrzebujesz lat pracy, by przestać być ciemnością”.
Ogólnie kursy są przydatne – ja sama przecież takie prowadzę. Ale nie wmawiam ludziom, że są marnością. Podpowiadam rzeczy praktyczne: jak zarabiać więcej pieniędzy i zrozumieć, że duch nie jest zaprzeczeniem materii. Albo pokazuję pracę z pięknymi metodami, które podnoszą nasze wibracje, a tym samym pomagają odnaleźć swój włącznik Światła – tak działa Reiki i praca z Archaniołami. Ja widzę w ludziach Światło i za to ich ogromnie kocham. Przychodzą do mnie same świetliste istoty, które – chociaż czasem nie widzą swojej wielkości – manifestują sobą tyle piękna, że wpadam w zachwyt od samego patrzenia.







