Przebudzenie 50

„Każdy krok niesie pokój” – pisał 30 lat temu wspaniały buddyjski nauczyciel Thich Nhat Hanh. To była jedna z pierwszych i najważniejszych książek, z których uczyłam się duchowości. Poza podręcznikami do numerologii, astrologii i Reiki, czytałam nieliczne wówczas dostępne pozycje o prawdziwym rozumieniu życia. Ta lektura urzekła mnie i zapisała się we mnie bardzo mocno, ponieważ to dzięki niej zrozumiałam, że prawdziwe wzrastanie to nie ezoteryczna wiedza, tylko moc pokoju, miłości i współczucia, jakie nosimy w sobie. To dzięki niej odkrywałam, że duchowość to codzienność i możemy ją wzmacniać podczas zmywania naczyń, zamiatania podłogi, gotowania wody na herbatę.

Z tej samej książki pochodzi subtelna sugestia, aby „spacerować tak, jakbyśmy stopami całowali ziemię”. Zapamiętałam to i przyznam się, że praktykowałam. Można składać Matce Ziemi pocałunki każdym krokiem, nawet wtedy, kiedy jest zimno i na nogach mamy ciężkie buty. Można. Jest to cenne doświadczenie, które uświadamia nam wielką jedność z naturą i pomaga nam dotknąć tego cudu. Nauczyłam się rozwijać w sobie pokój i radość – z niczego. Z jednej iskry drzemiącej głęboko w sercu. Nauczyłam się odczuwać wdzięczność za samo istnienie i doceniać zwykłe pogodne bycie w cieple słonecznych promieni. Zaufałam mądrości buddyjskich nauczycieli, którzy zawsze budzili we mnie ogromny podziwi dzięki przepotężnej mocy bezwarunkowej miłości i współczucia, jakie promieniowały z ich pola energetycznego.

Dzisiaj z zachwytem podążam świadomą obecnością za mnichami wędrującymi przez Amerykę w drodze po pokój i dla pokoju. Ich cichy, szybki marsz jest kwintesencją tego, co wiem i czuję, kiedy opowiadam o prawdziwej duchowości. Pojawili się w mojej rzeczywistości jako kochająca odpowiedź wszechświata na smutek, który mnie wypełniał, kiedy patrzyłam na to, co wybierają ludzie. Czasem myślę, że dzisiejsze pojmowanie prawdziwej głębi niczym się nie różni od dziecięcej ignorancji. Niektórzy ludzie piszą wielkie przemowy o matrixach, skupiają się na dowartościowywaniu siebie kosztem innych i kompletnie nie dostrzegają kluczowego sensu duchowości, uzależniając ją od nieistotnych drobiazgów. A kiedy życie mówi: „sprawdzam”, oddają swój głos na faszystów, nacjonalistów czy innych okrutników, którzy nigdy nie rozumieli, czym jest pokój.

Nie zajmuję się polityką, ale przecież czuję energię. To, co się dzieje na świecie i to, co krzyczy najgłośniej wcale nie jest dobre. Od wielu miesięcy próbuję bez łez zaakceptować ludzkie wybory. Rzeczywistość jest jaka jest i każdy ma prawo decydować po swojemu. Głęboko w sobie wierzę w harmonię wszechświata i staram się przyjmować życie, skupiając się bardziej na sobie niż na chaosie, który ogarnął świat, wymiatając z niego dobro i szlachetność na rzecz okrucieństwa, głupoty i ciągłej walki o wszystko. Można jeszcze tu i tam odnaleźć piękno, więc poszukuję go całym sercem i staram się zasilać wszystkie pozytywne drobiny istnienia.

W takim stanie poszukiwania dobra zobaczyłam rząd mnichów wędrujących asfaltową drogą przez Amerykę. Poczułam się tak, jakby słońce zaświeciło w moim sercu. Świeży powiew przepięknej energii wypełnił mnie całą po koniuszki włosów. Odkryłam, że takich ludzi jak ja jest dużo więcej i że to, co uważam za najistotniejsze, budzi się w sercach wielu innych. Wreszcie mogłam zobaczyć na własne oczy, że dobro jest i będzie, że nie umarło, w czasach, kiedy głupota przejęła rządy nad światem. Setki ludzi, którzy stają lub klęczą wzdłuż drogi są potwierdzeniem, że nie tylko ja widzę i czuję energię. Starzy, młodzi, małe dzieci. Wyznawcy przeróżnych religii. Osoby o wielu rozmaitych doświadczeniach. Oni wszyscy nade wszystko pragną pokoju, który jest i zawsze był największym dobrem ludzkości. Oni też czują płynącą od mnichów cudowna energię bezinteresownego współczucia i bezwarunkowej miłości.

Wędrówka po pokój jest dla mnie niesamowitym cudem. Jest wyrażeniem najpiękniejszych wibracji w sposób najlepszy z możliwych. Mnisi idą, nie czyniąc hałasu, lecz uśmiechając się do mijanych ludzi. Nie manifestują. Nie krzyczą. Nie złorzeczą. Idą w ciszy z pokojem w sercu i uśmiechem na twarzy. Bez zbędnych słów, bez oceniania, bez krytyki, bez walki. Po prostu miłująca obecność. Kiedy zobaczyłam ich pierwszy raz na społecznościowym portalu, zalała mnie fala niesamowicie wysokiej pięknej wibracji. Miłość i współczucie w takiej ilości, która wyciska z oczu łzy. Doświadczałam już tego i rozpoznaję tę energię z wielkim zachwytem. To najcenniejsze, co może być dla świata, który tego właśnie najbardziej potrzebuje.

Dokładnie tak jak pisał przed laty Thich Nhat Hanh – każdy ich krok niesie pokój dla całej Ziemi. Jest w ich ciepłych uśmiechach, w wytrwałości i sile maszerowania. Jest w uroczym psie z serduszkiem na czole, który im towarzyszy. Jest w trudach związanych z pogodą, które znoszą bez narzekania. Jest w ciepłych i mądrych przekazach, które pojawiają się w sieci. Jest w sercach tych wszystkich ludzi, którzy stają wzdłuż drogi lub przemierzają z mnichami kilkaset metrów. Jest w kwiatach i butelkach wody, które dzieci i dorośli wręczają pielgrzymom. Jest w dziecięcych obrazkach, które malowane z serca mali autorzy unoszą w górę witając wędrujących.

Pokój nigdy nie powstaje w wyniku walki manifestacji czy krzyku. Pokój zawsze rodzi się w sercu. Aby go zanieść do innych serc, trzeba wstać i pójść na wędrówkę, by móc przytulić kogoś, kto tego potrzebuje, uśmiechnąć się do dziecka, zawiązać z błogosławieństwem sznurkową bransoletkę na ręce innego człowieka. Pokój rodzi się w ciszy. Nie potrzebuje słów. Jest w oddechu, który wspiera i prowadzi do dobra, ciepła i życzliwości. Jest w milczącej obecności i w uśmiechu, który podnosi złamane serce. Jest w serdecznych słowach, które błogosławią każdego napotkanego po drodze.

Ten milczący marsz jest pełen życzliwych uśmiechów, przytuleń, błogosławieństw. Jest pełen tego, co wypełnia nasze serca wdzięcznością, miłością i poczuciem, że życie jest dobre, a ludzie serdeczni. Jest tym, czego świat najbardziej łaknie – żywym obrazem pokoju, jedności i współczucia. Kiedy sznur wędrujących mnichów przemierza świat, zatrzymują się samochody, zatrzymuje się rozpędzona cywilizacja, by na chwilę spokojnie oddychać i poczuć kochanie. By usłyszeć wołanie tysięcy serc i połączyć je razem. W ten sposób wędrujący z mnichami pokój uzdrawia świat.

****

Mnisi wędrują z Huong Dao Vipassana Bhavana Center z Fort Worth w Teksasie do Waszyngtonu. Długość trasy wynosi 2300 mil.

 

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 729
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu