Jednym z moich ulubionych klasyków jest „Skrzypek na dachu” z fenomenalna rolą Topola. Bardzo stary film, który jednak nigdy się nie nudzi. A w filmie niezapomniana piosenka pod tytułem: „Tradycja”. Ci, którzy mieli przyjemność obejrzeć to arcydziełko, pamiętają zapewne, że największą przeszkodą stojąca na drodze do szczęścia trzech córek mleczarza Tewjego jest właśnie niezmienny zbiór zasad. Takich na przykład, jak wybieranie męża przez swatkę. Zasady, których zmienić nie wolno. Tradycja, która zdaniem autora stanowi podwaliny kultury danej grupy społecznej.
Nie owijając w bawełnę napiszę od razu, że dla mnie ślepe trzymanie się tradycji to współcześnie wielka pomyłka. Ale też pewne wygodnictwo, które pozbawia człowieka konieczności dokonywania świadomego wyboru. Zapewne pojęcie tradycji znajdzie jakieś pozytywne skrawki znaczeniowe, jeśli spojrzymy na to, jak na pełną szacunku pamięć o tym, co minęło. W sensie kulturowym tradycja bez wątpienia wzbogaca nasze korzenie. Ale w życiu codziennym już nie.
Postęp polega na świadomym wybieraniu tego, co korzystne, pozytywne, pomocne, a nie podążaniu ślepo za przebrzmiałym schematem. Zmieniają się czasy i okoliczności. Niegdyś jeździliśmy wozem zaprzężonym w konie, teraz dysponujemy samochodami i samolotami. Gdyby trzymać się tradycji, nigdy nie uruchomilibyśmy maszyny parowej. Niegdyś tradycją było huczne polowanie na cześć św. Huberta. Dzisiaj wycofujemy się z niepotrzebnego zabijania zwierząt. Oto rozwój. Niewłaściwie rozumiana tradycja blokuje wzrastanie.
Myślę, że najlepszym słowem byłaby tu „elastyczność”. Najłatwiej pokazać to na przykładzie jedzenia. Zależnie od regionu, mamy swoje tradycyjne potrawy wigilijne: barszcz, kutia, makówki, karp w galarecie. Tradycja ma sens tylko do granicy naszego smaku i upodobania, co oznacza, że jeśli robię na święta uszka z grzybami to wyłącznie dlatego, że mi smakują, a nie dlatego, że „tak trzeba”. Z karpia zrezygnowałam już dawno, bo przeraża mnie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy pochylałam się nad wanną i patrząc w wyłupiaste oczy ryby zastanawiałam się, jak mogę ją uratować przed śmiercią.
Oczywiście ktoś inny może lubić jeść karpia, nic mi do tego. Jeśli jednak człowiek zasłania się tradycją, to znaczy, że nie chce myśleć samodzielnie i nie ma w sobie inspiracji. Bo człowiek, który wzrasta wewnętrznie, szuka własnych form – spędzania czasu, świętowania, posiłków, ceremonii ślubnych, odpoczynku, wakacji, twórczości. Z tradycji powinniśmy wybierać wyłącznie to, co ma dla nas pozytywny sens. Czy będzie to karp w galarecie, czy spotkanie z rodzicami, czy podróż poślubna na drugi koniec świata – wszystko jest dobre, jeśli sprawia nam przyjemność. Co jest zwyczajnie miłe, korzystne, niesie wartości, daje pożytek.
Często wpadamy w pułapkę realizowania cudzych wyborów. Pisałam już kiedyś o tym. Na przykład spełniamy cudze marzenia, bo nie umiemy odkryć własnych. Albo robimy to, co chcą inni zasłaniając się zwyczajem. Przy okazji tematu świąt to może być rodzinny zjazd i spędzenie czasu w towarzystwie ludzi, których nie lubimy. Kiedy pytam człowieka: „po co to robisz?”, to odpowiada mi: „bo tak jest co roku”. I cóż z tego? Czy świat się nie zmienia? Czy nie możemy w tym roku inaczej? Czy nie możemy wybrać tak, jak lubimy? Możemy.
Czytałam niedawno jakieś kolejne użalanie się kobiety, której matka w okresie przedświątecznym dostaje szału na punkcie sprzątania. Próbuje zaorać siebie i całą rodzinę, bo ma taką swoją tradycję. Tymczasem tradycje są po to, by je zmieniać i przekazywać kolejnym pokoleniom to, co najcenniejsze. Czy rzeczywiście najważniejsze jest umycie okien na wysoki połysk? Czy może wspólne śpiewanie kolęd, pieczenie ciasta albo obdarowywanie się prezentami? A może wspólny spacer czy wyjazd w tropiki czy jeszcze coś innego. Przecież to my wybieramy.
Ludzie panicznie boja się zmian. Boją się być szczęśliwi i spełniać własne oczekiwania, a nie cudze. Tradycja, o której dzisiaj piszę, jest często taką wygodną tarczą, za którą można się schować i wzruszać ramionami, bo przecież nie da się inaczej. Oczywiście, że da się, tylko wymaga to odważnego wypowiedzenia własnego zdania i zaplanowania rzeczy po swojemu. Czasem też asertywności, kiedy rodzice czy ktoś inny z rodziny zechce, abyśmy realizowali jego plany zamiast własnych. Kiedy człowiek boi się przeciwstawić innym i pokornie schyla głowę, wówczas chętnie zasłania się tradycją, której definicja jawi się w tym przypadku jako: „posłuszne spełnianie oczekiwań starszego pokolenia”. Taka pokora wobec przeszłości, zamiast postępu i rozwoju.
Pokory też nie lubię, ponieważ z założenia to kompletny brak asertywności i życie pod dyktando innych. Ludzie niesłusznie stawiają pokorę na piedestale i uczą kolejne pokolenia bierności, poddaństwa, zależności, bicia się w piersi i wiecznie spuszczonego wzroku. W moim domu to było jeszcze całowanie po rękach każdej starszej osoby. Obłęd! Stworzyłam własną tradycję i własne zasady, gdzie każdy zaczyna od szacunku dla siebie i poczucia, że zasługuje na miłość i docenianie także starszego pokolenia. Nie pokora, tylko asertywność powinna być na pierwszym miejscu.
Tradycja zatem to zapis rzeczy, które są godne przekazania tym, co przychodzą po nas. Może być piękna w sztuce, muzyce, w folklorze czy nawet niektórych potrawach. Może zachwycać światełkami na choince czy wspólnym niedzielnym spacerem. Ale poza tym warto tworzyć nowe zapisy, zgodnie ze zmianami zachodzącymi w życiu i społeczeństwie. Zaczęłam od „Skrzypka na dachu”. Gdzie dzisiaj są swatki? I kto dzisiaj zgodziłby się na taki ustawiony związek bez miłości? Niezależne kobiety nie chcą i nie potrzebują „jakiegoś” męża, który będzie je utrzymywał. Jeśli się rozejrzymy dookoła, zobaczymy całkiem nowy świat, którego oblicze zmienia się każdego dnia. Wyrzućmy tchórzliwe zasłanianie się tradycją i twórzmy własne zwyczaje, zgodne z tym, co lubimy i czego naprawdę pragniemy, co przynosi szczęście nam i innym ludziom.







