Jestem promotorką radości i zawsze będę zachęcać do cieszenia się życiem, bo doskonale wiem, że to prowadzi do zdrowia. Smutki natomiast niczemu nie służą. Ale to nie oznacza, że nie rozumiem ludzkich zmartwień. Sama przeszłam w życiu piekło. Byłam w depresji. Byłam zdradzana, a w wieku 32 lat straciłam ukochanego brata, którego z wielkim zaangażowaniem próbowałam uzdrowić z pomocą energii Reiki. Życie wcale mnie nie rozpieszczało i nie jestem pozytywnie nastwiona, bo miałam „z górki”. Wręcz przeciwnie. Mogłam zwątpić we wszystko i skończyć ze sobą co najmniej kilka razy.
Ale nie zrobiłam tego, bo zrozumiałam, że wszystko dzieje się dla nas a nie przeciwko nam. Upadałam i podnosiłam się wielokrotnie. Powstawałam jak Feniks z popiołów i wracałam do rozwijania Prosperującej Świadomości, Bo uparłam się, że kiedyś będę szczęśliwa. Dlatego dzisiaj dzielę się swoim doświadczeniem i pokazuję drogę do dobrego życia, bo ono takim może być, kiedy przestajemy grzęznąć w niskich energiach zmartwień i wspomnień o bolesnych wydarzeniach. Prawo do doświadczania żałoby, smutku czy żalu nie oznacza ustawicznego trwania w tym stanie. Pokazuje tylko, że każdy z nas jest istotą pełną emocji i może doświadczać wielu uczuć.
Niestety obserwuję, że ludzie nie rozumieją tego kompletnie. Rozsiadają się w cierpieniu jak w gnieździe i manifestują je na wszystkie strony, jakby było przedmiotem godnym podziwu. A prawda jest taka, że jesteśmy tu na Ziemi dla miłości i radości, a nie dla bólu. Jeśli w życiu pojawia się cierpienie, to oznacza, że trzeba coś zmienić, wyjść z zaklętego kręgu i poszukać swojego szczęścia. Rozumiem, że czasem sytuacja bywa bardzo trudna, ale chociaż nie ma rozwiązań idealnych, jakieś zawsze są. A w większości wypadków nie cierpimy z powodu samej sytuacji, tylko z powodu naszych myśli o tym, czego doświadczamy.
Caroline Myss znakomita pisarka i prelegentka, autorka bestselleru „Anatomia Duszy” zwraca uwagę w jednej ze swoich książek na tkwienie w szkodliwym wzorcu ciągłego uzdrawiania. Na przykład osoba, która jest DDA, może pójść na terapię i wziąć z niej tyle, ile potrzebuje. Jednak terapia polega też na tym, by zamknąć jakiś rozdział życia, wyjść z traumy i zacząć dostrzegać dobro, piękno i szczęście. Czerpać z tego co cudowne i cieszyć się życiem. Nie jest właściwe natomiast tkwienie przez wiele lat we wzorcu: „jestem DDA, więc tego nie mogę, a tu przeżywam”. Postrzeganie siebie jako DDA we wszystkich okolicznościach i sytuacjach niczemu nie służy. To zasilanie traumy, którą przecież chcemy uwolnić.
Innym przykładem może być żałoba – cierpienie, na które nie ma praktycznego lekarstwa, bo nikt nie przywróci do życia tych, którzy odeszli. Mój brat zmarł nieoczekiwanie. Pomimo długiej choroby, miał perspektywę powrotu do względnego zdrowia. Mieliśmy plany i wizje. Kiedy odszedł, wszystko runęło. Skupieni na jego zdrowiu nagle wszyscy straciliśmy cel i sens życia. Każdy z nas mógł ugrzęznąć w żałobie na długie lata. Nie jest łatwo przejść przez coś takiego, ale zawsze jest to możliwe, jeśli tylko zrozumiemy, że żałoba nie jest naturalnym stanem, a jedynie przejściowym okresem opłakiwania. Trzeba znaleźć sposób, by z tego wyjść. Patrząc z poziomu duchowego istnieje cenna wskazówka, która pozwala na pewną akceptację i powrót do normalności. Wierzę, że istnieje życie po śmierci, potwierdzają to Kroniki Akaszy. Jest też wiadome, że nasi bliscy zmarli nie potrzebują naszych łez, a one wręcz są dla nich obciążeniem energetycznym. Ludziom wydaje się, że wielka rozpacz jest wyrazem miłości do zmarłego, tymczasem bardzo go rani. Jeśli naprawdę kochamy kogoś, kto odszedł, powinniśmy jak najszybciej zakończyć opłakiwanie i przejść na poziom wdzięczności za to, że był z nami. Zapalanie świecy z miłością i wdzięcznością wobec zmarłego jest tym, co on czuje w sposób pozytywny. Nie każdy wierzy w życie pozagrobowe, nie dla każdego jest ta wskazówka, ale wielu osobom pomogła. Mnie także.
Pisałam ostatnio o narzekaniu niektórych ludzi w kontekście świąt i obrzydzaniu innym cieszenia się pięknym nastrojem, bliskością i całą tą cudną świąteczną otoczką. Rozumiem, że ktoś może nie lubić świąt, ponieważ akurat w tym czasie przeżył coś strasznego. Ja też wielu rzeczy nie lubię, ale zwyczajnie się nimi nie zajmuję, pomimo że istnieją. Osoba, dla której święta i wszystkie te radosne „jingle bells” niosą złe wspomnienia, może i powinna na ten czas znaleźć sobie coś, co lubi i co sprawi jej przyjemność. Może wyjechać pod palmy, bo choinka postawiona na plażowym piasku jest tylko atrapą, która nie będzie przywoływać złej przeszłości. Można też wynająć domek w górach i z przyjaznym człowiekiem, który ma podobne nastawienie do świąt spędzić czas przy dobrym winie i planszówkach albo oglądając filmy i czytając książki. Można jeździć na nartach, uprawiać trekking na Wyspach Kanaryjskich lub na sto innych sposobów odciąć się od przykrych wspomnień.
Kiedy uczę radości, nie wymagam, by wszyscy lubili to samo i szczerzyli zęby do czegoś, co napawa ich niechęcią, ale żeby każdy szukał swojego szczęścia na swój sposób, zamiast narzekać i taplać się w złości czy żalu. Jeśli dla kogoś święta są smutne, to powinien zrobić wszystko, aby ten czas był miły – w taki sposób, który dla niego będzie dobry. Kiedy opisuję swoje radosne podejście do wielu rzeczy, to też przypominam wszystkim, że to ja planuję swoje życie i asertywnie spędzam czas z tymi, z którymi chcę go spędzać. Gdybym robiła to, czego życzą sobie inni, to dzisiaj zapewne też święta byłyby dla mnie jakimś koszmarem i przykrym obowiązkiem związanym z jakąś niechcianą wizytą. Nie jest. Bo święta są dla mnie i są takie, jak chcę. Przełóżcie to na wszystkie zjawiska w Waszym życiu. Jeśli czegoś nie lubicie, to tego nie róbcie, a stwórzcie sobie to, co lubicie. To proste. I najczęściej – chociaż oczywiście nie zawsze – jest to naprawdę możliwe. To my układamy tradycje dla przyszłych pokoleń. Wcale nie musimy spędzać czasu na zasadzie: „bo tak wypada”.
Od dziecka nie lubię pomidorów i nie mogę ich jeść, bo mam natychmiast odruch wymiotny. Jednak nie zajmuję się opisywaniem tego zjawiska w sieci i obrzydzaniem tego warzywa innym. A przecież mogłabym pisać artykuły o tym, że mam traumę na sam widok pomidora, że zapach mnie mdli i w ogóle po co komu pomidory, a tacy, którzy jedzą to czerwone dziadostwo kompletnie nie liczą się z moimi uczuciami. Nie piszę tak – po pierwsze dlatego, że każdy ma prawo lubić pomidory. Ale po drugie – nie zajmuję się tym, co niemiłe. Po co? Czy pisanie o tym uzdrowi mnie? Albo świat? Czy sprawi, że ludzie przestaną jeść pomidory? Po co zatem produkować setki negatywnych słów? Przyjrzyjcie się teraz proszę tym wszystkim tekstom o traumie związanej ze świętami. Co roku jest świeży wysyp krytyki pięknego nastroju i całej świątecznej zabawy oraz wyolbrzymianie traum związanych ze świętami.
Uczciwie mówiąc – wspominałam już o tym – jeśli ktoś miał ciężkie dzieciństwo, to było ono takie cały rok, a nie tylko w święta. Jeśli ktoś żył obok alkoholika to też cały rok. Tylko niewielki procent ludzi doświadczyło traumy akurat przy choince. Większość doświadcza jej w różnych porach roku i rozmaitych okolicznościach. W moim odbiorze większość smutnych ludzi zwyczajnie nie umie zaakceptować radości innych i opluwa coś, co im nie sprawia przyjemności, a tylko nieliczna garstka rzeczywiście cierpi, kiedy nadchodzą święta. To nie oznacza, że wszyscy mamy lubić święta. To tylko oznacza, aby każdy stworzył swój własny sposób spędzania tego czasu tak, aby mu było dobrze. Aby zamiast narzekania, smucenia, obrzydzania innym życia poszukać swojej recepty na szczęście. Bo każdy ma prawo do szczęścia i do wyjścia poza smutki. Każdy ma prawo do działania w taki sposób, który nie niesie bolesnych wspomnień.
Nikogo nie poganiam, niech wszystko dzieje się we właściwym czasie. Przypominam tylko, że ciągłe marudzenie, narzekanie i krytykowanie tego, co innym sprawia radość, kompletnie nie ma sensu. To tak, jakbym ciągle zajmowała się pomidorami, których nie cierpię. Lepiej zając się czymś, co nas cieszy. Zawsze obok nas jest coś, co zasługuje na naszą uwagę i może przynieść dużo dobrych emocji. Warto ich szukać i doświadczać jak najwięcej piękna.







