Omoiyari

Niedawno poznałam nowe japońskie słowo, które po magicznym „komorebi” oznaczającym blask światła przenikający pomiędzy liśćmi drzewa, przenosi nas w jeszcze ważniejsze obszary rzeczywistości. OMOIYARI – nie da się przetłumaczyć jednym wyrazem. To stan głębokiego rozumienia, empatii, życzliwości i poczucia jedności z innymi ludźmi. Opisuję po swojemu, ale każdy może znaleźć inne określenia, które uzna za bardziej dopasowane. Rzecz bowiem nie w samym tłumaczeniu z języka japońskiego. To przecież tylko pretekst. Rzecz w dojrzałości społecznej i w tym, co dzieje się z ludzkością.

Kultura japońska docenia współczucie i bezinteresowną pomoc, ale u nas także jest wiele osób, które chętnie wspierają innych nie oczekując niczego w zamian. Jesteśmy życzliwi. Może nie wszyscy, ale tych życzliwych – chcę wierzyć – jest więcej. Dzisiaj zatem nie o pomaganiu, ale o stylu życia, w którym drugi człowiek jest zwyczajnie ważny. Moje spostrzeżenie opiera się na tym, że większość z nas nie ma problemu, by nakarmić głodnego czy wysłać paczkę potrzebującym, a już hurtowo dbamy o zwierzątka. Ale ignorujemy innych ludzi w codziennym życiu i często dokonujemy wyborów, jakby nikt poza nami nie istniał.

Omoiyari jest czymś, czego uczono mnie od dziecka i co mam we krwi, jak drugą naturę. Moje dzieci też. Mój mąż także. Niemodny dzisiaj stan polegający na liczeniu się z potrzebami drugiego człowieka. Na myśleniu kategoriami: „nie jestem tutaj sama, sprawdzam więc, czy to co robię, innym nie będzie przeszkadzać”. A nawet jeszcze bardziej proludzko: „jak działać, by innym było ze mną dobrze”. Nie narzucam nikomu, czy to jest dobre czy niedobre. Mnie się podoba, bo jest częścią mnie, ale każdy sam może przyjrzeć się temu zjawisku i ocenić po swojemu. Świat podlega ciągłym zmianom i to, czego uczono mnie wiele lat temu, dzisiaj już wyszło z mody.

Aby wytłumaczyć to pojęcie, posłużę się konkretnymi przykładami. Człowiek, u którego przeczytałam po raz pierwszy to słowo, opisywał zadziwiające dla nas zjawisko, które można zobaczyć tylko w Japonii. Duży parking i samochody ustawione w najodleglejszym miejscu od wjazdu. Podobno jest tam zasadą, aby miejsca bliżej wjazdu zostawiać tym, którzy przyjadą później albo się spieszą, albo mają inną trudność w poruszaniu się. U nas nie do pomyślenia – każdy spieszy się, by dorwać najlepszą pozycję dla siebie.

Raz w miesiącu pod moim budynkiem staje pojemnik na tzw. „gabaryty”. W ciągu godziny lub dwóch zostaje zapełniony po sam czubek. Kiedy niedawno wymienialiśmy meble na nowe, zaplanowaliśmy wszystko na ten właśnie termin. Mąż rozłożył meble na części – tak jest lżej wynosić, to oczywiste. Kontener pojawił się już po godzinie 6 rano. Kiedy zachęcałam męża, żeby szybko wyniósł przygotowane poprzedniego dnia elementy, zaprotestował, że nie będzie hałasował przed 7:30. Zaskoczenie dla mnie, bo tu, gdzie obecnie mieszkam, już przed godziną 7 rano jeżdżą kosiarki, buczą rębaki i piły spalinowe. Jestem wrażliwa na hałas i zwykle bardzo cierpię z tego powodu. Przywykłam, że nikt się nie liczy z innymi. Wkładam stopery i próbuję ten koszmar przetrwać. A mój mąż w starym dobrym stylu omoiyari pamięta o człowieczeństwie.

Kiedy wynosił wreszcie te wszystkie deski, układał je starannie, aby zmieściło się potem to, co inni zechcą wyrzucić. Starał się zająć jak najmniej miejsca. Kolejny ewenement. Jak łatwo się domyślić – wszyscy inni wrzucali swoje rzeczy szybko i byle jak. Krzywo. W poprzek. Na środek. Komu się chce układać coś w kontenerze, przecież to tylko śmieci. Nie szokuje mnie zachowanie mojego męża, ale wreszcie wiem, jak to nazwać po japońsku. A mówiąc poważnie – wreszcie wiem, że istnieje jeszcze w innych częściach świata takie ginące zjawisko. To jest właśnie „omoiyari”, czyli „liczę się z innymi”.

Kiedy mieszkaliśmy w domku jednorodzinnym, kupiłam sobie djembe i uczyłam się grać. Po przeprowadzce do bloku wielorodzinnego, grałam całkiem cichutko i o wiele rzadziej. Nie ośmieliłabym się też włączyć miksera po godzinie 21 ani tłuc się młotkiem przed godziną 9 rano. Bo zawsze mam z tyłu głowy, że za ścianą ktoś żyje i pragnie spokoju. A przecież też robimy czasem remont i też jesteśmy zmuszeni do jakiegoś hałasu. Można jednak to dopasować do takiej pory dnia, kiedy dla innych nie będzie to udręką. Ileż to razy przekładaliśmy remontowe kwestie, bo mój mąż nie włączy wiertarki w dzień wolny od pracy ani w godzinach, kiedy ktoś może odpoczywać.

Opisuję to wszystko jako pewien wyjątkowy cud, którego mam zaszczyt doświadczać, ponieważ na co dzień rzadko się z tym spotykam. Ludzie zazwyczaj postępują inaczej niż mój mąż. Moi sąsiedzi „buczą” rozmaitymi narzędziami o różnych porach doby. Dzieci biegają o pierwszej w nocy i tupią lub rzucają sobie piłką o podłogę, chociaż rodzice mieszkający na piętrze muszą wiedzieć doskonale, że pod nimi ktoś chciałby o takiej porze spać. Nasze społeczeństwo żyje pod hasłem: „a kogo to obchodzi?”. Każdy kto mieszka w budynku wielorodzinnym przyzna mi rację. Zjawisko „omoiyari” jest czymś kompletnie obcym i nieznanym.

Nie dotyczy to tylko mieszkania i hałasu. Kiedy jeździmy z mężem po Polsce, obserwujemy różne zachowania kierowców. Większość z nich wymusza dla siebie pierwszeństwo w stylu „władcy szos”, jakby inni zupełnie się nie liczyli. A tylko nieliczni umieją zwyczajnie ustąpić, wpuścić, przepuścić, jakby rozumiejąc, że każdy gdzieś jedzie i ma coś do załatwienia, a drogi są dla wszystkich. Tutaj też mój mąż spontanicznie ustępuje, zatrzymuje się, wpuszcza innych kierowców. Wierzcie mi – to bardzo fajne. Dlatego dobrze się przy nim czuję w tych naszych wycieczkach. Zwyczajnie uważam, że  to miłe być uprzejmą osobą.

A przecież to wcale nie jest norma i chciałoby się zapytać: dlaczego? Normą tymczasem jest pozowanie na asertywność, która charakteryzuje się ignorowaniem, a czasem wręcz niezauważaniem innych ludzi. Bo – jak napisałam wyżej – kogo obchodzą inni? Każdy na pierwszym miejscu stawia siebie i swoje sprawy, rozpycha się łokciami wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Często zachęcam do podnoszenia poczucia wartości, bo to ogromnie istotna jakość, ale szacunek i dbanie o siebie nie oznacza znieczulicy i niedostrzegania innych osób. A prawdziwa asertywność wcale nie zmierza do celu po trupach, jest tylko zauważaniem siebie i swoich interesów na równi z potrzebami tych, którzy są obok.

Na szczęście wiem, że wcale nie jesteśmy z mężem sami w tym pełnym szacunku podejściu do drugiego – najczęściej całkiem obcego – człowieka. Spotykam wszędzie ludzi dobrych i wrażliwych, którzy żyją według niemodnych i zarazem przyzwoitych norm społecznych, jakie nam kiedyś wpajano. Zatem i u nas tu i ówdzie praktykuje się jeszcze to piękne omoiyari pod zwykłą polska nazwą szlachetności w dokonywaniu wyborów. Należymy z mężem do pokolenia, które już odchodzi, zatem jest możliwe, że niedługo znikną całkiem ludzie, którzy myślą nie tylko o sobie, ale też o innych. Ale póki jesteśmy i uczymy tych, którzy przychodzą po nas, cieszymy się tym. Bo bycie dobrym, uważnym i wrażliwym na innych jest zwyczajnie fajne.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 750
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu