Być cudem dla siebie

Pozytywne nastawienie do świata to dostrzeganie cudu, jakim jest nasze życie. Bo ono jest absolutnie bajeczne. Czasem wystarczy uświadomić sobie, jakie piękno niesie nasz oddech, kiedy głęboko nabieramy powietrza. Ile wspaniałości możemy zobaczyć po otwarciu oczu, a ile czarownych dźwięków wpada w nasze uszy. A te zapachy majowych bzów, świeżo skoszonej trawy czy truskawek? Czy trzeba czegoś więcej, kiedy same nasze ludzkie zmysły obdarzają nas prawdziwym koncertem, który unosi nasze serce w zachwycie? Wystarczy umieć widzieć i słyszeć.

Sztuka doceniania urody życia nie jest wcale trudna. Potrafi to każdy, kto zauważa, że ma w zasięgu ręki takie możliwości. Najczęściej zachęcamy do otwarcia oczu i dostrzegania piękna tuż obok – w zieleni drzew, błękicie nieba, blasku słońca i w kojącej mocy migoczącej powierzchni jeziora. Ale najważniejsze, o czym warto pamiętać, to wypełnienie siebie odczuwaniem zachwytu i widzenie cudowności także w sobie samym. Bo w istocie możemy dostrzec i docenić to tylko, co nosimy wewnątrz. Kiedy mrok i smutek wypełniają naszą duszę, to zauważamy głównie cienie, zeschnięte liście i brudny kożuch na wodzie.

Największym cudem istnienia jest przecież człowiek – żyjący, czujący, odbierający wszystkimi zmysłami zachwycające aspekty istnienia. Człowiek mądry, dobry, życzliwy, otwarty, kochający, piękny, czyli taki jaki jest w swojej prawdziwej naturze. Wszystko, co temu zaprzecza, jest tylko nakładką wynikająca z perspektywy doświadczeń. Jak maska, którą można zdjąć. Jak kaptur, który można zsunąć z głowy, aby zabłysnąć tym, co jest największą i najgłębszą prawdą o człowieku. I chyba nie pomylę się mówiąc, że kiedy ten człowiek pozwoli sobie być naprawdę sobą, to zalśni najpiękniejszymi kolorami.

Kiedy przestajemy dopasowywać się do innych, kiedy przestajemy się porównywać, kiedy przestajemy za wszelką cenę starać się, by być lepszym od kogoś innego – dopiero wtedy naprawdę błyszczymy. Nie ma piękniejszej wersji człowieka od tej, w której z pełnym zaufaniem do tego kim jest, pozwala sobie iść za głosem serca. Kiedy działa, tworzy i tańczy, jakby nikt nie patrzył. Kiedy mówi, jakby słuchały go tylko ukochane osoby. Kiedy odnajduje w każdym skrawku siebie istotę idealną, idealnie stworzoną na dany czas. Kiedy z pełnym zaufaniem podąża za tym, co naprawdę czuje.

Miłość do siebie to pozwalanie sobie na bycie sobą tak, jakby się żyło na bezludnej wyspie, gdzie nikt nas nie ocenia, a my z nikim się nie porównujemy. To istnienie bez zabiegania o ludzki podziw, o lajki czy oklaski. To przeglądanie się wyłącznie we własnych oczach i podążanie za własnymi pragnieniami. To odrzucenie wszystkich oczekiwań stawianych przez innych ludzi i działanie z otwartą życzliwością w taki sposób, jaki dyktuje serce. Nie dla zysku. Nie dla nagród. Nie dla sławy. Ale dla tego niezastąpionego uczucia błogości w sercu, kiedy doskonale wiemy, że to co robimy, jest najlepsze na dany moment i jesteśmy tak zwyczajnie po ludzku pełni satysfakcji i zadowoleni z życia.

Moim zdaniem największą przeszkodą w doświadczaniu szczęścia jest zabieganie o pozytywne oceny w oczach innych ludzi. Kiedyś mówiło się o akceptacji i ta potrzeba akceptacji jest czymś naturalnym dla społecznej istoty. Dzisiaj jednak akceptacja nie wystarcza. Każdy chce być lepszy od innych. Porównuje się, rywalizuje, przymierza, a wreszcie zatraca siebie zakładając cudze kostiumy. Odkąd istnieje internet i media, ludzie walczą o popularność, zamiast dążyć do szczęścia i realizować pieśń swojej duszy. Bo skoro można bez wielkiego wysiłku pokazać się tysiącom ludzi, to rodzi się tęsknota za oklaskami, które wydają się być przyjemniejsze niż błogi czas po osiągnięciu prawdziwego sukcesu i będący zwieńczeniem rzeczywistych marzeń. A nie jest, ale o tym każdy chyba musi się sam przekonać.

Przypominam, że żyjemy tutaj dla siebie. Dla naszych własnych tęsknot i pragnień. Życie może być pasmem fascynujących realizacji, jeśli postawimy siebie na pierwszym miejscu. Siebie, a nie oczekiwania innych. Nie musimy się wpisywać w to, co akurat jest modne. Nie musimy śledzić trendów. O wiele lepiej słuchać własnej duszy i zajmować się tym, co rzeczywiście sprawia nam radość. Nawet jeśli nikt nam nie zaklaszcze i nie okaże zainteresowania naszą pełną zapału realizacją pasji, to cóż tego? Jeśli kochamy uprawiać kwiaty i nasze serce śpiewa z każdym rozkwitającym nowym pączkiem, to pozwólmy sobie w pełni doświadczać tej radości i rozpłyńmy się w tym uczuciu, nie oglądając się na brak błyskających fleszy. Bo sława nie da nam nigdy tego, co daje samo realizacja.

Czasem odkładamy samych siebie lub rezygnujemy z czegoś ważnego dla nas, bo chcemy być mili i zgodni. Pochylamy pokornie głowę przed kimś, kto autorytarnym tonem pokazuje, co jest trendy, co jest imponujące, a co nie. Taki rodzaj pokory zwykle budzi mój sprzeciw, bo nikt nie wie, co jest dobre dla mnie i czego ja pragnę. Każdy z nas ma prawo wyboru własnej drogi i tego, czego chciałby doświadczać. Nikt nie ma prawa decydować za nas. Influencerzy – zjawisko, które jeszcze niedawno w ogóle nie istniało – próbują nam narzucić swoją wizję świata. Nie ma nic bardziej błędnego niż podążanie za cudzymi marzeniami. Każdy powinien być influencerem sam dla siebie.

Miłość do siebie to dawanie sobie prawa do mądrości serca i słuchania swojego wewnętrznego głosu. To samodzielne wybieranie, które może trwać długo, ale finalnie prowadzi nas tam, gdzie na końcu drogi jest radość, błogość i satysfakcja. To wiara w siebie i w to, że nasze pragnienia są bezcenne, a my sami zasługujemy w pełni na to, by doświadczać dobra i piękna. To docenianie samych siebie i dostrzeganie w sobie mądrości, piękna, wytrwałości. To wreszcie świadomość, że wybrana przez nas droga jest dla nas najlepsza i o wiele bardziej korzystna niż cudze ścieżki. Nie musimy podążać za innymi, możemy sami wyznaczać własną trasę.

Ktoś może powiedzieć, że popularność daje frajdę i można odnaleźć radość w tym, co pokazują inni. Ale to jest dalekie od prawdy. Żadna rywalizacja nie przynosi szczęścia, ponieważ niesie w sobie element walki, który wypełnia człowieka napięciem. Napięcie z kolei blokuje przepływ energii i tym samym odcina nas od szansy na wejście w rozkoszny stan „flow”. Ten błogostan pojawia się tylko wtedy, kiedy w swoim własnym tempie i na swój własny sposób, bez żadnej presji z zewnątrz realizujemy marzenia. Żaden wyścig szczurów nigdy nam tego nie da. On tylko wypala, nie pozostawiając żadnych złudzeń ani nawet chęci do życia.

Możemy wejść w przepływ dopiero wtedy, kiedy robimy coś, co nas uskrzydla, a to zawsze jest nierozerwalnie połączone z pieśnią naszej duszy i wykorzystaniem swoich niepowtarzalnych talentów. Nie da nam tego żadne naśladownictwo ani żadna fałszywa popularność. Pamiętajmy też, że ludzie nam klaszczą tak długo, jak wpisujemy się w ich oczekiwania i upodobania. Kiedy tylko zmienimy ton, wielu fanów odwróci się plecami i pobiegnie za kimś innym. Żyjemy tutaj dla siebie. Sobie mamy się podobać i siebie samych uszczęśliwiać.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 750
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu