Oglądałam niedawno piękny film fantasy. Bardzo lubię ten gatunek, ponieważ to w gruncie rzeczy nic innego jak baśń, a baśnie zawsze były mi bliskie. Nie tylko dlatego, że ukazują mistyczne wątki, ale głównie z powodu jednoznacznej mocy Dobra, które zawsze zwycięża. W codzienności nie dostrzegamy tego. Potrafimy skutecznie zablokować samych siebie na to wszystko, co płynie ze Światła, bo na oślep brniemy za tym, co wydaje nam się złotem, a jest tylko przerdzewiałą blaszką odbijającą blask słońca. A potem stajemy zdziwieni, że zamiast cennego klejnotu mamy w dłoniach garść popiołu. Rzecz jasna wszystko ma jakąś wartość, także podążanie za fałszywymi nauczycielami. To zawsze potrzebna lekcja.
W baśni, która mnie ostatnio zainspirowała, również było wiele pomyłek. To właśnie te wszystkie błędy tworzą barwna fabułę zarówno w filmie, jak i w naszym życiu. Kiedy się mylimy, schodzimy z właściwej ścieżki i szukamy drogi powrotnej do domu w zupełnie przeciwnym kierunku. Zabawnie jest dostrzegać takie paralele. Naprawdę istotne jednak, by umieć zauważyć to, co nam nie służy i odejść od tego, choćby było najpiękniejsze. Każdy z nas czasem się myli. Ważne, by podnieść sobie wibracje i spojrzeć z poziomu serca, wówczas życie wraca na właściwe miejsce, a my rozumiemy, co jest dla nas optymalne. Dla nas i rozwoju duchowego, bo to nie zawsze idzie ze sobą w parze.
Zaczęłam od baśni, która zachwyciła mnie pokazaniem ludzkich losów w trzech zupełnie różnych wcieleniach. Główna bohaterka, bardzo pozytywna osóbka, cofa się w czasie i trafia na „inną siebie”, która jest okropnie wredna. Jednocześnie jej wróg z przyszłości, bardzo niebezpieczny i okrutny, w epoce, do której wróciła – jest jej ofiarą. Biednym, poniżanym człowiekiem. Nie chcę tu opowiadać filmu. Chcę pokazać to, co bardzo mocno czuję w każdej iskierce swojego istnienia. Każdy z nas przechodząc łańcuch wcieleń bywa zarówno katem jak i ofiarą. Zanim potępimy człowieka, który zadaje nam niesprawiedliwie ból, miejmy świadomość, że w innym wcieleniu, to my mogliśmy być bezlitosnym okrutnikiem, który obcinał ludziom głowy bez powodu. Na przykład.
Nawet ludzie, którzy interesują się duchowością, zdają się o tym zapominać. Podchodząc do tematu wybaczania, patrzą na „wroga” z góry, jak na „diabła”, który krzywdzi „anioła”, a ów ze wspaniałomyślnym szumem skrzydeł łaskawie wybacza. To tak nie działa. Nie ma tu na Ziemi świętych – jeśli weźmiemy pod uwagę łańcuch wcieleń. Ale można też na to spojrzeć inaczej – nie ma tu na Ziemi winnych. Nasze dusze bawią się w życie – raz jestem Otellem, raz Desdemoną. Raz Aliną, raz Balladyną. Raz Cezarem, raz Brutusem. Kiedy spojrzymy z tego punktu widzenia, przestajemy osądzać, zaczynamy rozumieć tę niekończącą się grę, w której w ogóle nie ma znaczenia, kto pierwszy popełnił błąd czy kto zawinił.
Nie schodzimy na tę planetę po to, by szukać winnych. Schodzimy, by poprzez miłość do siebie szukać swojej własnej doskonałości. Żaden scenariusz nie ma znaczenia sam w sobie. Każdy prowadzi wyłącznie do wywołania określonej reakcji. Za każdym razem można przecież wybrać „oko za oko” albo nadstawić drugi policzek. Ale można też zrozumieć przesłanie, które przyszło w formie sytuacji i wychodząc poza wszelkie emocje, pozwolić sobie na uzdrowienie poprzez miłość. Kochanie siebie jest najbardziej skuteczna metodą uleczenia każdego bólu, jaki nam zadano. Ale przede wszystkim wznosi naszą energetykę na taki poziom, z którego nikt nie jest w stanie nas zranić.
Warto pamiętać, że wysokie poczucie wartości nie jest sposobem na pokorne akceptowanie zadanego zła – wręcz przeciwnie. Prowadzi nas do tworzenia w sobie nowych energetycznych matryc, dzięki którym przyjmujemy do siebie lekcję przyniesioną przez życie, odrabiamy domowe zadanie i przechodzimy do następnej klasy. Wybaczenie, o którym tak często piszę w kontekście niezbędnego warunku dla świadomego życia, staje się jakością bliską akceptacji. Kiedy rozumiemy grę dusz i dostrzegamy swoje ważne lekcje, przestajemy odczuwać żal i pretensje. Nie mamy czego wybaczać. Wszystkie klocki wracają na swoje miejsce.
Moim zdaniem nie warto jednak dążyć za wszelka cenę do poznania poprzednich wcieleń. Liczy się bowiem TU I TERAZ. Mamy wszystko, czego potrzebujemy, aby zrozumieć i uzdrowić to, co tego wymaga. W baśni, o której pisałam, główna bohaterka nie pozwala sobie na uzdrowienie miłością, ponieważ cofając się w czasie zachowała pamięć. I chociaż ma przed sobą szlachetnego człowieka, traktuje go jak zbrodniarza. Co – logicznie rzecz biorąc – może doprowadzić do strasznego efektu, bo ile można wytrzymać bycie traktowanym okrutnie i niesprawiedliwie? Czasem, kiedy jesteśmy krzywdzeni bez powodu, przechodzimy na stronę mroku. W baśni ten wątek również się pojawia. W życiu też miewamy z tym do czynienia. Zresztą prywatnie uważam, że zło jakie takie nie istnieje – istnieje tylko brak miłości. Oznacza to, że człowiek kochany i szczęśliwy nie krzywdzi innych. Zbrodniarze to ludzie pełni bólu, którzy manifestują na zewnątrz najniższe energie.
A teraz wyobraźmy sobie, że uparcie dążymy do tego, by poznać szczegóły swojej karmy i okazuje się, że ukochany, ale trudny partner, był w poprzednim wcieleniu naszym katem. Jak taka wiedza, nasycona obrazami, wpłynie na spory i problemy w związku? Czy pomoże? Czy raczej utrudni rozwój i doprowadzi do rozstania? Wiedza o lekcjach karmicznych zapewne jest przydatna, ale jako wiedza ogólna. Na przykład informacja o tym, że zawsze byliśmy ofiarą składaną na ołtarzu i mamy nauczyć się asertywności. Albo informacja o tym, że zdradzaliśmy i mamy nauczyć się lojalności. Albo o zaniedbaniach i porzucaniu bliskich, co ma nas poprowadzić do odpowiedzialności. Taka ogólna wiedza wystarcza w zupełności. Bez twarzy, bez obwiniania innych dusz, które razem z nami podjęły się przejścia przez pewne lekcje.
Bardzo istotne też, abyśmy nie wchodzili w poczucie winy, bo to wszystko, cokolwiek by nie było, nie ma z nami nic wspólnego. A przecież zaglądanie za zasłony karmiczne może wpędzić nas w ogromny ból i wstyd. Jak mówiłam – nie ma tu na Ziemi świętych. Dlatego zaczęłam swój wywód od tej pięknej baśni, w której wyraźnie widać, że w każdym wcieleniu to zupełnie inne osoby, chociaż wyglądają tak samo. Nie możemy siebie ani innych ludzi karać za inny żywot. Nawet jeśli głęboko wierzymy w reinkarnację, to nigdy nie jesteśmy tożsami z poprzednim wcieleniem. To tylko zapis, który ma nam pomóc w rozwoju i przypominaniu sobie naszej prawdziwej natury. Najważniejsze jest to, co mamy w sobie rozwinąć. Zatem jeśli pamiętamy lub odkrywamy stare zapisy, to nie po to, by rozliczać siebie i innych, ale by wzrastać w Świetle. I aby z pokorą przyjąć, że w innych żywotach byliśmy wszystkim – i świętym i grzesznikiem. To pozwala bez nienawiści patrzeć na innych ludzi.







