Pokochać życie

Bycia pozytywnym trzeba się zwyczajnie nauczyć, tak jak każdej innej rzeczy. Oczywiście są tacy, którzy dziedziczą radość życia po rodzicach i wchłaniają pogodę ducha od przyjścia na świat, ponieważ takie właśnie mają dzieciństwo i w takim pozytywnym, uśmiechniętym domu dorastają. Ale przecież nie wszyscy. Nie chcę generalizować, ale czasem mam wrażenie, że częściej niesiemy w sobie programy smutku, lęku, niedoceniania i braku zaufania w dobro wszechświata. A ponadto wiele obaw przed ludźmi.

Ja sama dostawałam przeróżne komunikaty. Z jednej strony – po mieczu – miałam babcię, która stale śpiewała, z łatwością wybaczała i każdego potrafiła zrozumieć. Nawet jej opowieści o wojnie nie były tak dramatyczne, jak u innych, ponieważ przywoływała głównie wspomnienia wzruszającego zachowania rozmaitych osób i wielkiego człowieczeństwa, z którego można tylko brać przykład. Z drugiej strony – po kądzieli – wychowywała mnie linia, która bardzo intensywnie przerabiała przejmowanie się wszystkim, czym tylko można. Nie brakowało tam łagodności i poczucia humoru, ale postrzeganie świata było przesycone nadmierną wrażliwością i braniem wszystkiego do siebie.

To tylko ogólnikowe przykłady, bo każdy jest niepowtarzalny i wnosi do rodu coś indywidualnego. Jednak to właśnie z tej drugiej linii zapamiętałam takie programy, jak: „po śmiechu zawsze następuje płacz”, „miłe złego początki”, „nosił wilk razy kilka” i wiele innych, które kodowały we mnie lęk przed światem i przekonanie, że życie jest i musi być pełne cierpienia. Swoje nastawienie do rzeczywistości zaczęłam zmieniać jakieś dwadzieścia kilka lat temu, kiedy jeden z moich przyjaciół nazwał mnie „Marudą” i uzasadnił to tym, że ciągle opowiadam mu o problemach i stale coś mnie martwi.

Siedziałam potem z otwartą ze zdziwienia buzią, bo sama postrzegałam siebie jako pogodną osobę o dużym poczuciu humoru. Tymczasem to nie umiejętność opowiadania dowcipów przesądza o jakości naszego życia, tylko nasz stosunek do codzienności, w której ja w tamtym czasie stale widziałam dramaty. Każdy człowiek doświadcza różnych rzeczy. Dojrzałość prosperującej świadomości to pozytywny sposób reagowania na to, co się wydarza. Można niekomfortowe sytuacje przyjmować jak deszcz za oknem i robić swoje, a można od razu zacząć ubolewać, że mokro i zimno.

Dzisiaj mamy do dyspozycji mnóstwo powszechnie dostępnej wiedzy, której trzydzieści lat temu nie było wcale. Nawet facebook naładowany jest afirmacjaami, pozytywnymi stwierdzeniami, ale też krótkimi ćwiczeniami rozwijającymi emocjonalny komfort i propozycjami webinarów czy szkoleń. Kto chce – bez problemu znajdzie. To wszystko pcha się w oczy i programuje nas tak, jak mnie w młodości programowali moi przodkowie. Zapewne korzystanie z internetu wymaga pewnej mądrości, aby umieć oddzielić ziarno od plew, ale można tak ustawić algorytmy przeglądaniem i klikaniem, aby stale wyświetlały się nam pozytywne treści.

To tylko przykład, jak można sobie pomóc, bo smutek i ogromna wrażliwość nadal są obecne. Często czytam o depresjach u całkiem młodych, cudnych ludzi, którzy nie radzą sobie z tym, co przynosi rzeczywistość. Nie ośmieliłabym się proponować żadnej terapii, bo to za poważna choroba, ale mogę napisać o tym, co postrzegam jako swoistą profilaktykę. Dla mnie to przede wszystkim optymizm, radość życia, dostrzeganie i docenianie tego, co dobre. To trzeba w sobie rozwinąć krok po kroku, ponieważ kiedy nadciągnie depresja, to takie metody już nie wystarczają.

Chcę jednak wyraźnie powiedzieć na bazie własnego doświadczenia, że dopóki jesteśmy tylko smutnymi i narzekającymi osobami, możemy przeprogramować sami siebie w roześmiane, pogodne osoby. Robi się to za pomocą świadomego działania. Dzień po dniu zatrzymuje się potok pełnych cierpienia myśli i zastępuje je czymś pozytywnym lub co najmniej neutralnym. To da się zrobić. Warto jednak na początek uświadomić sobie, że mamy moc takiej zmiany. I każdej innej. Człowiek myśli nawykowo. Myśli toczą się jak kamienie po zboczu góry, a my pozwalamy, by się toczyły po swojemu. Czasem stają się tak wielkie, że zasypują nas jak lawina głazów. Tak właśnie wygląda depresja – leżymy pod wielką kupą głazów i jeśli nie otrzymamy skutecznej profesjonalnej pomocy, to umieramy.

Zapominamy, że możemy zatrzymać te małe kamyczki myśli, kiedy tylko zaczynają się toczyć. Trzeba je dosłownie złapać i powiedzieć: „stop”. Odwrócić kierunek ich ruchu. Można je podnosić jeden po drugim i podrzucać do góry. Wrzucać w takie miejsca, skąd nie spadną. To się nazywa pozytywnym myśleniem w praktyce. Pozytywnie myślący to nie ten, który popisuje się afirmacjami, tylko ten, który w momencie smutku czy załamania potrafi zmienić tok myśli i odnaleźć coś przyjemnego, na czym można skupić uwagę. Taka osoba potrafi powiedzieć jak Scarlett O’Hara w „Przeminęło z wiatrem”: „Pomyślę o tym jutro” i w ten sposób zatrzymać toczący się w dół kamień.

Na początku to wymaga uwagi i wysiłku, bo nawykowo pozwalamy myślom, by „same się myślały, jak chcą”. Trzeba odzyskać władzę nad umysłem i zastopować to, co niekorzystnie spycha nas w rozpacz i przygnębienie. Po paru tygodniach będzie łatwiej, ponieważ wytworzymy nowy nawyk – nawyk zatrzymywania smutnych myśli i szukania w ich miejsce czegoś dobrego. To się będzie działo samo, a my tylko konsekwentnie będziemy te nowe zapisy zakotwiczać w sobie. Tak tworzy się pozytywne życie, bo w ślad za tym – zgodnie z Prawem Przyciągania – przyjdzie dużo dobra i piękna do naszej rzeczywistości.

Jest sporo wspierających taki proces metod, ale zaczęłam od świadomej zmiany myślenia, bo ona jest moim zdaniem najważniejsza. Trzeba wiedzieć, że nasze myśli należą do nas i jeśli toczą się jak kamienie, to można je zatrzymać i powiedzieć im: „nie”. Negatywne myśli tworzą negatywne emocje i wpadamy w pętlę, z której trudno wyjść. Sami budujemy Perpetuum Mobile, które wciąga nas w zagładę. Dlatego nie zgadzam się z artykułami i mądrościami, które mówią, że każda emocja jest ok. Nie jest. Każdej mamy prawo doświadczyć, bo to ludzkie, ale te, które nazywam negatywnymi – np. gniew, smutek, żal, przygnębienie, poczucie przegranej – to sygnały alarmowe, aby zmienić sposób myślenia. Są jak brud, który trzeba wyczyścić. Nie ma w nich nic dobrego, poza wskazówką, którą warto przeanalizować.

Wśród metod, które polecam, na pierwszym miejscu stawiam pracę z energią. Mi pomogła Reiki, która przyszła do mnie, kiedy już codziennie brałam leki, bo budziłam się rano z lękiem przed nadchodzącym dniem.  Reiki nadal mi pomaga zmienić wibracje, kiedy dzieje się coś przykrego. Ale pomaga nam też wiele innych ciekawych sposobów, takich jak Dwupunkt, EFT, praca z Kronikami Akaszy lub praca z Archaniołami. Wspiera nas w pozytywnym nastawieniu systematyczne praktykowanie wdzięczności i wszystkie ćwiczenia, w których wzmacniamy miłość do samych siebie. Kiedy otulamy siebie bezwarunkowym kochaniem, wychodzimy poza wszystkie niskie wibracje, które mogłyby odebrać nam radość życia.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 729
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu