W pozytywnym myśleniu pracujemy intensywnie nad tym, aby uwalniać i uzdrawiać niekorzystne wzorce i zastępować je dobrymi. Wydaje się oczywiste, że ta metoda pracy służy temu, aby zmieniać życie na lepsze i jest to zdecydowanie prawda. Uczymy się w Prospericie przyciągania miłości i pięknych relacji, tworzenia materialnego dostatku oraz strategii prowadzącej do satysfakcjonującej realizacji swoich pasji, które odkrywamy krok po kroku. Prosperująca Świadomość to człowiek, który znając zasady rządzące wszechświatem w kreatywny sposób układa sam swoje życie tak, aby przynosiło mu mnóstwo dobra i zadowolenia.
Ale jest coś jeszcze, o czym czasem przypominam. Ten trudniejszy aspekt rozwijania pozytywnego nastawienia do świata. To otwartość na ból – rozumiany jako trudne emocje, wewnętrzne cierpienie, wstyd, poczucie nieprzyjemnego zaskoczenia, czasem też dosłowny ból fizyczny. W pracy z Prosperitą nie unikamy tego i nie omijamy szerokim łukiem. Nie zamiatamy pod łóżko. Nie udajemy, że trudności nie istnieją. Jednym z ważnych działów nauki pozytywnego myślenia jest umiejętność radzenia sobie z kryzysem, czyli właśnie z tym wszystkim, co najczęściej przychodzi niespodziewanie i zwala nas z nóg. Przyjmujemy to na klatę i wyciskamy jak cytrynę.
Chociaż z założenia pozytywne myślenie ma za zadanie prowadzić do szczęśliwego życia, a w praktyce przynosi fajne efekty, to czasem i tak pojawiają się trudne doświadczenia. One zwyczajnie po prostu są. Nie musimy na siłę szukać winnych ani zakładać, że to paskudne oczyszczanie po jakimś korzystnym procesie, np. po inicjacji w Reiki. Te trudne rzeczy dzieją się u wszystkich w sposób oczywisty, ponieważ na tym polega życie na Ziemi. Nie oznacza to wcale, że owo życie jest złe, bo przecież trudności przeplatane są radościami i przyjemnościami, a upadki wzlotami, klęski sukcesami. Nasze istnienie na tej planecie jest wielobarwne i fantastycznie urozmaicone. Nie ma powodu do rozdzierania szat.
Chcę zatem zwrócić uwagę na to, że nie ma powodu do lęku przed życiem. To, czego doświadczamy zawsze przynosi nam coś wartościowego. Nie widzę sensu, by próbować za wszelką cenę kontrolować całą rzeczywistość. Z jednej strony Prosperita daje nam mnóstwo narzędzi do mądrego kreowania swojej codzienności i omijania wielu przeszkód. To jak staranna nauka przepisów i znaków drogowych przekładająca się na względne bezpieczeństwo w czasie prowadzenia samochodu. Z drugiej strony – może się zdarzyć, że ktoś inny z impetem wjedzie w nas z bocznej ulicy. Okazuje się wtedy, że nasza znajomość przepisów nie gwarantuje absolutnego bezpieczeństwa.
W życiu jest tak samo. Prosperita ułatwia cieszenie się codziennością, pokazuje drogi do szczęścia i spełnienia. Ale nigdy nie będzie parasolem, który ochroni nas przed każdą przykrością. Życie pod kloszem nie ma zresztą – moim zdaniem – żadnego sensu. Czy chcielibyście całymi dniami siedzieć w domu w obawie przed tym, żeby coś na ulicy Was nie potrąciło lub nie spadło na głowę? Czy chcielibyście całymi dniami chodzić z parasolem oraz wielkim plecakiem pełnym gadżetów zapewniających przetrwanie na wypadek wybuchu bomby? Byłoby to zarówno niewygodne jak i niedojrzałe. Czasem trzeba umieć zwyczajnie wzruszyć ramionami z lekkością i powiedzieć sobie: „och, będzie, co ma być, niech zatem będzie”.
Na pewno pomaga w tym element powierzenia. Osobom wierzącym jest nieco łatwiej, ponieważ ufają w bycie prowadzonymi i nie mają potrzeby kontrolowania wszystkiego i wszędzie. Pozwalają, by się działo. Przyjmują, że wszystko ma sens i niesie w sobie coś cennego dla człowieka. Taka jest prawda w Prospericie. Świadomość Prosperująca w sposób dojrzały otwiera się na trudności, ponieważ widzi w nich wiele niedocenianych wartości. Rozumie, że to właśnie wyzwania najpiękniej zabarwiają życie i oferują nam doświadczenia, których nie dotkniemy siedząc w wygodnym fotelu.
To nie komfort buduje człowieka, tylko trudności, które dzielnie pokonujemy. To zadania do rozwiązania sprawiają, że możemy popatrzeć na siebie z dumą i zachwycić się swoją własną przedsiębiorczością, sprytem czy mądrością. A także odwagą. Bo przypomnę – odwaga nie polega na tym, że się nie boimy, tylko na tym, że pomimo lęku stawiamy czemuś skomplikowanemu czoło. To jest już zwycięstwem samym w sobie. Nie jest ważny efekt, ważne jest, że potrafiliśmy zmierzyć się z wyzwaniem, które odbierało nam pewność siebie i czasem pozbawiało nawet oddechu. A my daliśmy sobie z tym radę.
Mam taka refleksję, że wielu z nas lubi wyzwania. Nazywamy je przygodami. Większość ludzi wstaje z komfortowego fotela i jedzie z plecakiem w góry, chociaż wie, że tam się zmęczy, że mięśnie będą bolały, stopy paliły, a pot będzie lał się z czoła. Kiedy podchwytliwie pytam: „nie lepiej posiedzieć z dobrą książką i nóżkami do góry?”, słyszę odpowiedź: „ależ to fajnie jest się tak zmęczyć i patrzeć potem z góry na świat. Człowiek czuje taką super satysfakcję”. To metafora życia – lubimy się zmęczyć, aby poczuć własną wartość i zadowolenie z osiągnięć. To jest piękne i na pewno ciekawsze od leniwego odpoczywania na leżąco, chociaż na odpoczynek też przychodzi czas.
Mam i drugą refleksję – w czasie matur dużo się mówi o tym, że egzaminy są bezwartościowe i mocniej wpisują młodzież do systemu. O ile program szkolny jest moim zdaniem nieodpowiedni i w ogóle nie przygotowuje do życia, o tyle same egzaminy mają dla mnie głęboki sens. To konfrontacja z lękiem i sprawdzian dla samego siebie – na ile poradzimy sobie z działaniem pod presją czasu i w stanie skrajnego stresu. Kto napisze tę maturę jakoś tam ją zaliczając, temu łatwiej w życiu poradzić sobie z rozmaitymi wyzwaniami. Będzie umiał stanąć oko w oko z własnym lękiem i zrozumie, że pod lękiem nie ma nic groźnego. Jesteśmy zawsze silniejsi niż wszystkie nasze strachy.
Prosperita uczy dobrego życia, ale przede wszystkim uczy odnajdowania własnego sensu i celu. Są takie rzeczy, dla których warto ponosić koszty i zmęczyć się upadłego. Oglądałam ostatnio zdjęcia z Tatr, z półki pod Rysami nad Czarnym Stawem. Widok na oba jeziorka – bo niżej mamy Morskie Oko – to coś absolutnie zapierającego dech w piersi. Pod zdjęciami kilkadziesiąt komentarzy i niemal wszystkie mówią: „dla tego widoku warto było się zmęczyć”. To też metafora życia. Wybierajmy w nim takie widoki, dla których chcemy się trudzić. Zawsze istnieje coś, co pomimo bólu zmęczonych nóg, obdarza ogromną radością i zadowoleniem z tego, że odważyliśmy się na takie czy inne wyzwanie. To zresztą cecha inteligentnych ludzi, że zawsze szukają czegoś, z czym mogą się zmierzyć. Te wszystkie sporty ekstremalne mają zawsze wielu fanów.
W życiu powinno być podobnie – nie musimy na siłę szukać trudności, ale możemy potraktować je jak przygodę. Bez lęku i kurczowego zaciskania pięści, a przede wszystkim bez poczucia porażki, bo skomplikowane sytuacje, mniejsze i większe dramaty są dla nas, a nie przeciwko nam. One nas rozwijają i wzmacniają. Podejmujmy z ciekawością wyzwania, bo to one nadają sens i blask naszemu istnieniu. Nie jakiś komfortowy fotel. Nie sprytne omijanie wysiłku. Nie zamiatanie wyzwań pod dywan. Tylko życie pełne smaków – nie tylko słodkich, ale też ostrych, kwaśnych, a czasem gorzkich. Smakujmy to życie z radością, nie bojąc się przygód. Nie starajmy się unikać nieprzewidywalnego, bo to właśnie ono czasem przynosi nam największy zachwyt istnieniem, ale i samym sobą i tym, co umiemy osiągnąć i z czym potrafimy sobie poradzić.







