W masce

Niedawno miałam sen, w którym byłam pozytywną Bohaterką. Miałam wielką moc i ratowałam ludzi, przynosząc im wiele dobra. Jak wszyscy bohaterowie nosiłam maskę – złotą, ażurową, zakrywającą pół twarzy. W tym śnie przeglądałam się w lustrze i zastanawiałam, czy ta maska wystarczająco mnie chroni przed ciekawskim światem? Czy naprawdę trudno mnie w niej rozpoznać? Miałam w sobie tę potrzebę, by jakoś ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami, ale też doceniałam to, że będąc w masce tak naprawdę staję się kimś zupełnie innym. Jakbym dostała szansę na przeżycie dwóch wcieleń w jednym. I to wcielenie dodatkowe – bohaterskie bardzo mi odpowiadało. No cóż, któż nie chciałby być „supermenem” lub superwoman”?

Dzisiaj przyszła do mnie refleksja na temat potrzeby ukrywania swojej tożsamości przez tych, którzy czynią dobro. Zwykle to jest tak, że gdyby działali bez masek, to nie mieliby kompletnie życia osobistego. Paparazzi zjedliby ich żywcem. Od świtu do nocy każdy chciałby czegoś się dowiedzieć, przeprowadzić wywiad, sfotografować w trakcie bardzo osobistych chwil. Prawdopodobnie stałaby też wciąż kolejka jakoś tam pokrzywdzonych ludzi, którzy domagaliby się interwencji. Bo ludzie przychodzą do bohaterów także z problemem niewygodnych butów. Dla każdego człowieka jego dyskomfort jest na wagę trzęsienia ziemi.

Maska służy też bezpieczeństwu, bo kiedy bohater ujawnia swoje prawdziwe oblicze, to natychmiast mnóstwo ludzi rusza do ataku, aby uniemożliwić mu działanie. I ta opcja jest bardzo smutna, ponieważ dobro powinno być zawsze wspierane i wzmacniane. Każdy bohater powinien mieć przyjaciół, którzy mu pomagają. A w rzeczywistości często jest tak, że kiedy ktoś robi coś pięknego dla innych i zostaje to nagłośnione, to od razu zza zasłony wyskakują hejterzy, którzy umniejszają i poniżają bohatera. Z zawiści. Z potrzeby dowartościowania samych siebie. Dla mroku, aby zasłużyć na wygodniejszy kocioł w piekle.

Od razu przypominam sobie konkretny przypadek naszego współczesnego świata, ale nie opiszę go, bo natychmiast sprowokowałabym dyskusje. Pod moim tekstem pojawiłyby się nienawistne komentarze tych, którzy dobro postrzegają jako zło. Ludzie są bowiem zadziwiający w swojej różnorodności. Nic nie jest w naszym świecie jednoznaczne. Największy bohater może zostać opluty, a największy manipulant wyniesiony na piedestał. O ile nie przeszkadza mi to, że „każda potwora ma swojego amatora”, bo nawet najgorszy człowiek zasługuje na to, by być przez kogoś rozumiany i kochany, o tyle czuję w sobie wielki smutek, kiedy dobro jest poniżane.

Już kiedyś pisałam o tym, że każdy człowiek żyje we własnym wymiarze, który rządzi się całkiem innymi zasadami. Nie zamierzam udowadniać, że tylko ja widzę prawdę i słuszność, bo to byłoby niedorzeczne. Ale tym samym uznaję prawo człowieka do odmiennych poglądów. I znowu to jest trochę tak, że te inne poglądy w ogóle mnie nie uwierają, kiedy dotyczą smaków, upodobań muzyki, kanonu piękna. Ale są dla mnie trudne, kiedy ktoś dobro nazywa złem lub odwrotnie. Dobro jest przecież takie oczywiste. Jeśli ktoś uszczęśliwia innych, pomaga im godziwie żyć albo wyzdrowieć, uwalnia ich od bólu i cierpienia, to należy to docenić i uszanować.

Nie oczekuję od ludzi bycia świętymi. Wystarczy mi, jeśli otwierają serca tam, gdzie jest to niezbędne. Czymże jest jakiś pojedynczy błąd wobec ogromnej wielkoduszności i tysięcy wdzięcznych istnień? Przecież nikt nie jest idealny. Każdy jakiś błąd czasem popełnia. Myślę, że warto zachować właściwe proporcje i nie czepiać się, że superman ma rozpruty rąbek peleryny. Prawdziwie dojrzały i prawdziwie szlachetny człowiek wyraża wdzięczność komuś za podarowaną bezinteresownie kromkę chleba, nie krzywiąc się, że darczyńca rąk nie umył. Nie mam zresztą wątpliwości, że to szukanie dziury w całym – a przede wszystkim plamy na pelerynie bohatera – jest efektem palącej zawiści, że ktoś jest podziwiany bardziej niż sam oszczerca.

Pamiętacie przesłanie od trzech małpek, które łapkami zakrywają buzię, oczy i uszy? „Nie mówię zła, nie widzę zła, nie słyszę zła”. To nie oznacza wcale, aby nie reagować, kiedy komuś dzieje się krzywda, ale by nie wymagać od ludzi świętości. Każdy z nas ma prawo do błędów. Dopóki jednak otwieramy życzliwie nasze serca na drugiego człowieka, dopóki nie krzywdzimy świadomie nikogo, to – moim zdaniem – wystarczy, aby być dobrym człowiekiem. I jak każdy człowiek możemy też się mylić i strzelać mniejsze lub większe gafy. Te małpki uczą, by nie powtarzać plotek, nie słuchać oszczerstw, ale też, że na pewne drobiazgi warto oczy zasłonić. Być zwyczajnie tolerancyjnym.

Jednak ludzie się czepiają i krytykują. Jak zatem być dobrym w tym świecie? Otóż po prostu – odważnie. Nie przejmując się innymi, nie zwracając uwagi za zazdrosnych oponentów. Z dystansem do ludzkiej różnorodności. Mając w sobie spokojną pewność własnej mocy i bezspornej wartości czynionego dobra. Jesteśmy tutaj na Ziemi dla siebie. To my ustalamy własne ścieżki i standardy. Jeśli chcemy działać z sercem, to nie możemy bać się mroku. Często powtarzam, że potęga Światła jest o wiele większa niż siły zła. I głęboko w to wierzę. Jeśli trzeba założyć maskę – to zakładajmy. I róbmy swoje najlepiej jak to możliwe. Liczy się każde światełko zapalane dla rzeczywistości.

Nie byłoby właściwe, gdybyśmy ukrywali swoje piękno i miłość z lęku przed wyszydzeniem. A przecież wiadomo, że niektórym przeszkadza nawet szelest anielskich skrzydeł. Nie ma takiego człowieka, który byłby akceptowany przez wszystkich i nie ma takich działań, które byłyby przez wszystkich chwalone. Zawsze – cokolwiek zrobimy – będziemy mierzyć się z kimś, kto nas skrytykuje. Zatem dlaczego w ogóle zwracać na to uwagę? Dlaczego kierować się ludzką opinią? Przecież to nasze życie.

Zajmuję się tematyką, która dla wielu osób jest dosyć kontrowersyjna. To może być powód do krytyki i pewnie czasem jest. Natomiast ja się nad tym w ogóle nie zastanawiam. Szczerze mówiąc – w ogóle mnie to nie obchodzi. Robię to, co kocham, co mnie fascynuje i jestem w tym działaniu ogromnie szczęśliwa. Wiem doskonale, że pomagam wielu ludziom. Wiem, że dzielę się dobrem z innymi. Ale nawet gdyby moje zajęcie tylko mnie samą uszczęśliwiało, to też nie zrezygnowałabym z niego tylko dlatego, że komuś się nie podoba to, co robię, bo na przykład jest sprzeczne z jego poglądami.

Jesteśmy tu dla siebie – stale to powtarzam. Zadowalanie innych nie jest naszym zadaniem i jest zresztą czymś totalnie niemożliwym. Łatwiej polecieć na Księżyc niż dogodzić każdemu, bo ludzie są różni, a ich upodobania sprzeczne między sobą. Naszym zadaniem jest kochać, wybaczać, szerzyć pokój i radość, lśnić, być najlepszą wersją siebie w najpiękniejszych kolorach, jakie nam przyjdą do głowy. To nasze istnienie i powinno być zgodne z pieśnią naszej duszy i z naszą wizją dobrego życia.

Każdy z nas ma w sobie potężna moc wnoszenia do świata dobra i miłości. Wszyscy jesteśmy bohaterami. Takie sny jak mój są tylko po to, aby przypomnieć sobie do czego zostaliśmy stworzeni – do dzielenia się z innymi ludźmi najpiękniejszymi cząstkami swojego serca. Do kochania. Do inspirowania. Do pocieszania. Do zachęcania. Do przywracania nadziei. Do wnoszenia radości. Do rozjaśniania ciemności. Do rozbawiania. Do odczuwania bycia kochanym i potrzebnym. Do serdeczności. Do piękna.

 

 

 

 

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 763
0
0
Twój koszyk
Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu