Dzisiaj

Kiedy byłam dzieckiem, żyłam w domu, w którym dzielono wszystko na to codzienne i na to od święta. Moja mama trzymała w szafie eleganckie szkło i piękne serwisy, których nigdy nie używała. I chociaż nie piliśmy z wyszczerbionych kubków, to jedliśmy z byle jakich tanich naczyń, patrząc na złocone szklanki w kredensie. To były czasy, w których ludzie nosili w sobie pamięć wojny i oszczędzali ponad potrzebę. I chociaż w szafach lśniły nowe, ładne rzeczy, to pokrywały się kurzem czekając na uroczysty dzień.

Rozumiem, że czasem do pracy zakłada się robocze ubranie, bo można je wybrudzić lub zniszczyć, ale zaraz potem można je zdjąć, by ubrać coś ładnego. Rozumiem też, że smoking czy suknia wieczorowa na pewno istnieją na specjalne okazje. Ale cała reszta naszego życia jest i powinna być nieustającą celebracją istnienia. Najlepszy dzień jest właśnie dzisiaj i dzisiaj chcę doświadczać najpiękniejszych chwil. Życie może być piękne, jeśli tak właśnie wybierzemy.

Miałam dobre dzieciństwo, mnóstwo zabawek i niczego mi nie brakowało. Ale miałam też sukienki „tylko na niedzielę” i nawet lalkę „od święta”, która spoczywała w pudełku na szafie. Miała złote loki i mówiła: „mama”. W tamtych czasach to był rarytas, więc pewnie leżałaby w sejfie, gdybyśmy mieli sejf. A moi rodzice nie rozumieli, że droga lalka ma tylko tyle wartości, ile radości sprawia dziecku. To była moja lalka, ale dostawałam ją ledwie kilka razy w roku przy wielkich okazjach. Aż któregoś dnia wyrosłam z lalek i przestałam jej potrzebować.

Nigdy nie zrobiłabym tego swojemu dziecku. Ale rozumiem mentalność tamtych czasów i pieczołowite przechowywanie ładnych rzeczy, aby za szybko nie zostały zniszczone. Moim zdaniem to wielka świadomość ubóstwa z tamtych skomplikowanych czasów, dlatego tak wyraźnie to opisuję. Moi rodzice powtarzali, że to kwestia szanowania rzeczy, ale czy naprawdę? Kiedy moja mama zmarła, zostawiła mi pełne półki zupełnie nieużywanych prześlicznych szklanek, kieliszków i kawowych serwisów. Zawsze były wątpliwą dekoracją, jak osławione peerelowskie kryształowe wazony. Nigdy z nich nikt nie korzystał.

Ładne szklanki i filiżanki służą do picia ze smakiem dobrej wody, kawy czy herbaty, aby jeszcze bardziej się rozkoszować taką przyjemnością. Lubię ładne naczynia. Nie czekam na święta, tylko używam ich na co dzień. Lubię ładne ubrania, więc noszę je codziennie. Uwielbiam wręcz biżuterię z prawdziwymi kamieniami i też ją stale noszę. Nie sprawia mi problemu, by na chwilę zdjąć pierścionki czy bransoletki do zmywania naczyń. Te wszystkie rzeczy są dla nas, a nie my dla nich. One są po to, aby nasze życie lśniło i wypełniało nas zachwytem.

Opisuję to, bo niektórzy z nas mogą mieć w sobie mocny wzorzec czekania „na święto”. Może być nie do końca nieuświadomiony, ale prawdopodobnie bierze się z takich zapisów, jakie istniały w mojej rodzinie. „Zostaw, to na niedzielę” – było wyrazem żałowania sobie dobrych rzeczy, jakby człowiek musiał siedmiodniową ciężką pracą zasłużyć na ubranie ładnej bluzki czy butów. Dzisiaj ubrania nie bywają problemem, ale wzorzec przekłada się na inne sprawy. Czekamy na mnóstwo rzeczy, tak jak ja niegdyś czekałam „na święto”, żeby dostać swoją lalkę.

Świadomie i z ogromną radością uzdrowiłam to, ponieważ kocham otaczanie się pięknem. Kupuję sobie ładne kolorowe świece, tęczowe świeczniki, obrazy Aniołów i przecudne kryształy. Ustawiam to wszystko dookoła, aby cały dzień móc patrzeć z radością i wypełniać się zachwytem. Piję ze ślicznych kubków. Zawsze mam świeże kwiaty w wazonie. Cieszę się eleganckimi zasłonami i pluszowymi poduszkami. Noszę na co dzień bajecznie cudne pierścionki i naszyjniki. Dobieram sobie najlepsze perfumy i nigdy nie żałuję pieniędzy wydanych na coś pięknego. Nie czekam, aż nadejdzie jakiś specjalny moment, bo każdy jest specjalny.

Uzdrowienie „czekania na święto” pozwala mi realizować marzenia i pomysły. Wiem, że w obecnej chwili jest najlepszy czas na to, co chciałabym zrobić, bo zasługuję na wszystko teraz, a nie tylko „w niedzielę”. Nie odkładam marzeń na później, tylko od razu robię wszystko, co mogę, aby szybko dotknąć tego, czego pragnę. Każdy mój dzień to spełnienie czegoś ważnego i pięknego. Stale znajduję coś nowego i zawsze wierzę i wiem, że mogę to osiągnąć.

Uzdrowienie przełożyło się na piękno w innych sferach. Przestałam czekać, aż ludzie się zmienią i zaczną mnie rozumieć lub przepraszać za wyrządzone mi krzywdy. Pojęłam, że każdy jest w innym punkcie istnienia i ma swoje czasem odmienne postrzeganie świata. Rozumiem, że za swoje ewentualne cierpienie odpowiadam wyłącznie ja sama. Nie czekam na nikogo – wybaczam, odpuszczam, wprowadzam w siebie miłość, likwiduję wzorce, które bywały dla mnie wcześniej szkodliwe.

Nie czekam, aż ludzie dorosną, przestaną zazdrościć, tworzyć spory i wojny. Tworzę pokój tak, jak tylko potrafię – w sobie, w swoim sercu – i rozprzestrzeniam go na zewnątrz. Nie czekam, aż ludzie zauważą energię, którą ja widzę i czuję. Pozwalam im zachwycać się rzeczami, książkami i „mądrościami” bez większej wartości. Wiem, że świat rozwija się przez to wolniej, ale widać takie tempo jest optymalne dla uniwersum. Robię swoje. Piszę. Kocham. Lśnię. Wzrastam duchowo. I odnajduję w tym ogromną radość i spełnienie, po które moja dusza zeszła tu na Ziemię.

Bogusława M. Andrzejewska
Bogusława M. Andrzejewska

Promotorka radości i pozytywnego myślenia, trenerka rozwoju osobistego i duchowa nauczycielka. Pisarka i publicystka, Redaktor Naczelna elektronicznego magazynu „Medium”. Autorka wielu poradników rozwoju. Astropsycholog i numerolog oraz konsultantka NAO. Prowadzi szkolenia na temat wiedzy duchowej i prosperity. Pracuje z Aniołami, robi odczyty w Kronikach Akaszy. Jest nauczycielką Reiki i miłośniczką kryształów, kotów oraz drzew. W wolnym czasie pisze wiersze.

Artykuły: 627
0
    0
    Twój koszyk
    Nie masz żadnych produktówPowrót do sklepu