ówna    Horoskopy i analizy   Kursy i konsultacje   Publikacje   O mnie    Mapa strony

 

Terapia mocno rekomendowana

 

Do poczytania:

Prosperita

Deepak Chopra

Myślenie kwantowe

Inspiracje Prosperity

Warsztaty

 

Uzdrawianie

Psychosomatyka

Wybaczanie

Wewnętrzne dziecko

Miłość bezwarunkowa

Kodowanie

Metoda Evelyn Monahan

Afirmacja

Mapa Marzeń

Felinoterapia

Żywioły

Aura Soma

Aromaterapia

Litoterapia

Pure Art

Związki

Harmonia serca

Emocje

NAO

 

Czakry

Numerologia

Astrologia

Astrologia Wedyjska

Sny

 

Anioły

Reiki

Medytacja

Przebudzenie

Artykuły

Rozwijamy się

Terapia śmiechem

Poświęcenie

Brat i siostra

Piękno po czterdziestce

Kiedy mama jedno kocha bardziej

Rzecz o nienawiści

Mądre odchudzanie

Terapia mocno rekomendowana

Radość małych sukcesów

Pieśń grających mis

Uwierzyć w dobro

Potęga słowa

Sześć kapeluszy

Szczęśliwe recepty

Prosperita w biznesie

Wywiad

Poza iluzją materii

Każdy uśmiech

Sulejman i Roksolana

 

Publikacje

Lektury

Linki

 

 

 

Reklama dźwignią handlu, co do tego nie mamy wątpliwości. Rekomendacje i oceny towaru też się nam przydają. Kiedy wybieram się do restauracji, mogę skorzystać z opinii innych klientów, chwalących „kaczkę na dziko” i spróbować im zaufać. Do stracenia nie mam nic. Jeśli danie okaże się przypalone, po prostu nie zapłacę za obiad.

Jednak zupełnie inaczej rzecz ma się z usługami np. doradztwa czy terapii. Reklama zawsze jest w porządku. Kiedy jednak widzę, że „terapeuta” czy doradca zamieszcza na swoim blogu liczne opinie zadowolonych klientów, natychmiast włącza mi się czerwone światełko. I jest to naturalny odruch, bo w tej dziedzinie – inaczej niż w przypadku sprzętu AGD czy usług gastronomicznych – rekomendacje budzą poważne wątpliwości.

Przede wszystkim dlatego, że osoba, która musi podpierać się pochwałami klientów, aby zdobyć kolejnych, ma przerażająco niskie poczucie wartości. Jak zatem korzystać z kursu czy poradnika „Poznaj swoją  wartość i zacznij cenić siebie”, jeśli widać gołym okiem, że autor jest zakompleksiony? To tak, jakbyś powierzył swój tekst do korekty komuś, kto sam robi błędy ortograficzne! Jaki to ma sens? Czy nie lepiej poszukać dobrego specjalisty, który emanuje prawdziwą radością życia i pewnością siebie?

Nie odkryję też Ameryki, jeśli napiszę, że 99 procent owych pochwalnych wpisów to produkcja własna autora blogu. Po czym to poznać? Po pierwsze, zastanówmy się, jakie jest prawdopodobieństwo, że w wielkiej przestrzeni Internetu dwie obce osoby wpisują w odstępie 3 minut peany typu: „superrrr! Ależ piękny kurs!”. Po drugie: na ile wiarygodne są pochwały kursu on-line, który został wstawiony do sieci tydzień temu, a klienci już mają efekty i na przykład aż trzy osoby schudły już cztery kilo. Kto schudnął 4 kilo w przeciągu tygodnia dzięki internetowemu kursowi ręka w górę!

Po trzecie: od lat zajmuję się redakcją i publikacją, potrafię zatem wyłapać styl pisania danej osoby. Jest on zazwyczaj niepowtarzalny jak odcisk palca. Jak zatem wytłumaczyć fakt, że 5 wpisów pochwalnych umieściła na blogu jedna i ta sama osoba, podpisując się 5 różnymi imionami? Wszak nikt tego nie sprawdzi i nie udowodni, bo nie możemy zażądać kontaktu do rzekomego „Irka” czy „Magdy” – chroni ich przepis dotyczący poufności danych. Jakież to wygodne dla takiego zakompleksionego blogera!

Po czwarte: duże przedsiębiorstwa handlowe zatrudniają na etat osoby, których zadaniem jest wpisywanie pozytywnych opinii w internetowych sklepach, jest to naturalna powszechnie stosowana praktyka. Cena jednego pochwalnego wpisu waha się od 1,5 do 3 zł. Pisza o tym popularne magazyny. Żadna to nowość, że można kupić pochwalne peany produktu, nawet takiego, który w ogóle nie istnieje, bo zawodowi "wpisywacze" pochwał nie są zainteresowani faktami, mają swoje gotowce. Zakładam, że wy również o tym wiecie. Dlaczego zatem znudzona brakiem klientów terapeutka nie może poświęcić pół godziny na wpisanie sobie za darmo paru dobrych słów, których nie dostaje od ludzi, bo nikt do niej nie przychodzi?

Po piąte: autentyczne komentarze na blogach rozpoznajemy po różnorodności. Ludzie wpisują oceny, zadają pytania, dzielą się spostrzeżeniami, mają swoje dodatkowe uwagi. Fałszywe to wyłącznie peany na cześć autora. Jak widzisz rząd samych pochwał w stylu: „ależ to superrr! Moje życie się zmieniło od tej jednej książki” to niech i tobie zapali się czerwone światełko. Jesteśmy różni, mamy różne gusta i niepowtarzalny sposób wyrażania siebie. Wpisy powinny być zróżnicowane.

Po szóste: jeśli masz wątpliwości, zawsze możesz sam sprawdzić. Wystarczy na takim podejrzanym blogu wstawić nieprzychylną opinię. Nie namawiam tu do złośliwości, a jedynie oceny typu: „nie podoba mi się, mam inne zdanie”. Uczciwy doradca zamieści twój wpis, może nawet zachęci cię do polemiki i zapyta, dlaczego. Nieuczciwy usunie wpis, ponieważ negatywna ocena psuje mu starannie układane nieszczere pochwały.

Nawiasem mówiąc wpisywanie sobie samemu rekomendacji to zwykłe oszustwo. Ja nie chciałabym iść do terapeuty-oszusta. Ale to już twoja suwerenna decyzja. Być może uznasz, że to przejaw sprytu i tego właśnie chcesz się od takiego doradcy nauczyć. Wówczas: powodzenia!

Po siódme: za kupno dobrej lodówki czy wspaniałych wczasów można zamieścić wielkie oficjalne podziękowanie w necie. Jeśli jednak dzięki terapeucie czy doradcy przeszłaś zwycięsko rozstanie lub żałobę i nie poddałaś się myślom samobójczym, to nie jest to temat nadający się do publikacji. Klientka prędzej wyśle ci kosz kwiatów niż napisze o tym w sieci. Dlatego też właśnie cukierkowe pochwały na stronach proponujących poradniki, konsultacje i kursy rozwoju osobistego budzą tyle moich wątpliwości. Jakoś trudno mi bez zastrzeżeń wierzyć w autentyczność wpisu o treści mniej więcej: "byłam gruba, brzydka i leniwa, a dzięki twojemu godzinnemu kursowi internetowemu stałam się mądra, szczupła i szczęśliwa." Trudno przyjąć, że najbardziej nawet zobowiązany klient będzie sam siebie piętnował pisząc: "gdyby nie twój cudowny kurs nadal pozostałbym beznadziejnym, grubym nieudacznikiem". Trudniej tym bardziej, że z doświadczenia wiem, co zawierają listy od wdzięcznych klientów. To wspaniali wartościowi ludzie, którzy potrzebowali mojego wsparcia w jakimś jednym maleńkim kawałku swojego życia. Tylko jednym. Proponuję: nie ufajcie takim doradcom, którzy podnoszą swoje poczucie wartości kosztem wymyślonych "beznadziejnych, nieszczęśliwych grubasów".

Ponieważ wykonuję usługi, ja również dostaję piękne listy z podziękowaniami od klientów. Co najmniej raz w tygodniu czytam ciepłe słowa pod swoim adresem i to mnie oczywiście ogromnie cieszy, a nierzadko ogromnie wzrusza. Dzięki temu wiem, że to, co robię jest dobre i wartościowe. Wiem, że sprawdzam się w tym, co robię. Kilka lat temu jeden z listów wręcz wycisnął mi łzy emocji z oczu. I przez jeden krótki moment pomyślałam: „och jakie to piękne! Mogłabym to zamieścić w dziale REKOMENDACJE, niech ludzie czytają…” i tu w domyśle: „…jaka jestem wspaniała”. W tym samym momencie zawstydziłam się takiego pomysłu. Bo od razu zobaczyłam, że przechwalanie się nie jest zupełnie w moim stylu. Ponadto zauważyłam, że w tym liście jest wiele bardzo osobistych przemyśleń i faktów z życia mojej klientki. Jak to zamieścić, bez naruszania jej prywatności? Na koniec poczułam, że to podziękowanie również i dla mnie jest czymś… bardzo osobistym. Do schowania w sercu, a nie do zamieszczania w sieci.

Nie bez powodu piszę wyłącznie o usługach terapeutycznych. To moja działka. Znam się na tym i dlatego wypowiadam. Nie zabieram natomiast głosu na temat rekomendacji sprzętu RTV czy innych usług. Nie ma dla ciebie znaczenia, czy telewizor sprzeda ci zakompleksiony sprzedawca, bo ważne jest, aby sprzęt był sprawny, dobry i spełniał twoje oczekiwania. Psychologiczny portret sprzedawcy nie ma tu znaczenia. Inaczej sprawa ma się w sytuacji, kiedy sam szukasz pomocy, bo życie traci dla ciebie sens i czujesz się nieszczęśliwy. Jeśli dasz się złapać w sidła niekompetentnego „pseudoterapeuty”, to może się to skończyć żałośnie dla ciebie.

Na pewno każdy zauważył, że są w Internecie specjalne fora, na których można wymieniać się opiniami na temat firmy, towaru czy usług. To są dobre miejsca, można spokojnie poczytać wszystkie za i przeciw. Nawet, jeśli ktoś podszywając się pod cudze imię, wpisze swojej firmie pochwały, to nie będzie w stanie wykasować uwag krytycznych i pewna równowaga zostanie zachowana.

A zdecydowanie najlepsza jest „poczta pantoflowa”. Znakomita większość moich klientów to znajomi osób, które korzystały kiedyś z moich usług. Bardzo mi się to podoba, nie tylko dlatego, że lista zainteresowanych rozszerza się w postępie geometrycznym. Przede wszystkim ja sama taką formę rekomendacji preferuję. Jeśli szukam specjalisty od np. Feng Shui to pytam moich znajomych: kogo mi polecasz? Jeszcze nigdy się nie rozczarowałam. Wam również taką metodę sugeruję.  W epoce Facebooka i komunikatorów internetowych naprawdę lepiej zapytać kogoś, niż grzebać w wyszukiwarce i czytać peany pod blogiem, zastanawiając się: „sama sobie wpisała, czy rzeczywiście jest dobra?”.

Bogusława M. Andrzejewska